Tej nocy ciszę przerwały silniki.
Nie były to samochody z miasteczka. W Zapolicach silniki brzmią zmęczone, jakby też były głodne. To było co innego: czysty, równy ryk nowych terenówek, zbliżających się bez skrupułów po polnej drodze.
Zgasłam lampę jednym ruchem.
Mój dom pogrążył się w półmroku, rozświetlony jedynie czerwoną poświatą paleniska. Na zewnątrz psy zaczęły szczekać, jakby ujrzały samego diabła.
Mężczyzna – Robert Grabowski, czy jak tam się naprawdę nazywał – spróbował się podnieść, ale jęknął. Miał ślady na nadgarstkach i szyi, jakby związano go z ogromną siłą.
— Niech się pan nie rusza — szepnęłam. — Jeśli pana tu przywieźli, nad rzekę, to po to, żeby już się więcej nie podniósł.
Przełknął ślinę, wpatrując się we mnie.
— Jeśli mnie tu znajdą… to panią zabiją.
Nie zdziwiło mnie to. W swoich siedemdziesiąciu sześciu latach już się tak łatwo nie przestraszysz; człowiek się po prostu męczy ciągłym strachem.
— Więc nie znajdą — odparłam. — Bo ten dom jest biedny, ale umie strzec sekretów.
W ścianie, za workiem z ziemniakami, były małe, drewniane drzwiczki, które prawie nikt nie zauważał. Mój nieżyjący mąż zbudował je w latach powojennych, gdy ukrywanie ludzi było sprawą życia i śmierci. Prowadziły do schowka pod podłogą, zimnej komórki, gdzie trzymaliśmy kiedyś buraki i narzędzia… i gdzie raz ukrywał się chłopak ścigany przez lokalnych notable.
Robert patrzył na mnie bez zrozumienia.
— Co to jest?
— Pana druga szansa — odpowiedziałam.
Zaciągnęłam go jak mogłam, zaciśnęłam zęby, czułam, jak trzeszczą mi kolana, ale nie puściłam. Wepchnęłam go do kryjówki i zostawiłam koc, wodę i małą świecę.
— Niech pan nie hałasuje — rozkazałam. — Jeśli ogarnie pana panika, to pan zginie… i mnie pan zabije.
Skinął głową, z twarzą białą jak kreda.
Zamknęłam drzwiczki. Wróciłam do ognia. Usiadłam jak gdyby nigdy nic. Czekałam.
Silniki zatrzymały się przed moim domem.
Łomot do drzwi.
— Otwierać! — wrzasnął jakiś głos. — Policja.
Mój kręgosłup zesztywniał. Do Zapolic Policja nie zjawiała się tak, nocą, bez zapowiedzi. Kiedy przyjeżdżali, to po papiery, z powodu jakiejś awantury… nie na nagły polowal.
Podniosłam się powoli i uchyliłam drzwi ledwie na szparę.
Trzech mężczyzn na zewnątrz. Nie mieli zapachu wiejskich funkcjonariuszy: tytoniu, kawy, drogi. Mieli drogie perfumy i pospiech. Jeden miał kamizelkę, tak… ale nową, czystą, jakby kupioną tego samego dnia.
— Dobry wieczór, pani — powiedział ten w środku, forsując uprzejmość. — Szukamy mężczyzny. Mógł wpaść do rzeki. Widziała pani coś?
Złapałam się futryny, celowo przygarbiona, dając im tę staruszkę, którą chcieli zobaczyć.
— Ja? — zakaszlałam. — Ja to i świętych nie widzę, synku. Tylko po wodę przyszłam i wróciłam.
Typ uśmiechnął się tak, jak się uśmiecha, gdy niczemu się nie wierzy.
— Pozwoli pani wejść?
Nie. Gdyby weszli, przeszukali, znaleźliby podwójną podłogę. I wszystko by się skończyło.
— Wejść? Po co? — powiedziałam. — Ten dom to jedna izba. Jeśli szukacie jedzenia, to nie ma. Jeśli szukacie pieniędzy… tym bardziej.
Jeden z mężczyzn, najmłodszy, spojrzał w stronę okna. Zobaczyłam w jego oczach, kim był: nie był policjantem. Był myśliwym.
— Pani, nie każ nam tracić czasu — powiedział, a jego ręka sięgnęła do pasa, gdzie wylądowała kolba pistoletu.
Wzięłam głęboki oddech. I wtedy zrobiłam coś, czego nigdy nie sądziłam, że zrobię w swoim wieku:
Wydałam z siebie najgłośniejszy krzyk w życiu.
— ZAPOLICE! DO MNI!
Mój głos odbił się od ulicy jak kamień od blachy. W małym miasteczku taki krzyk to nie przedstawienie: to alarm.
Mężczyźni zastygli na sekundę.
— Zamknąć się, stara! — wypluł młodszy.
Ale było już za późno.
W sąsiednich domach zapaliły się światła. Otwierały się drzwi. Szczekanie. Kroki. Głosy.
— Co się stało, Amelio?
— Kto tam jest?
— Broń mają!
Ten w środku cicho zaklął. Widać było, że nie spodziewali się świadków.
— Wychodzimy — warknął.
— Nie, przeszukać — uparł się młodszy.
A trzeci, milczący, odwrócił głowę… i wtedy w końcu go rozpoznałam.
Nie po imieniu, ale po jego niecnej aurze.
To był Fabian Kowalczyk, syn „pana” Kowalczyka, właściciela połowy powiatu, tego, który zawsze miał burmistrza na kolanach. Widziałam go z daleka na imprezach urzędowych, w garniturze, z kieliszkiem i uśmiechem rekina.
— Amelio — powiedział, jakbyśmy się znali. — Niech pani nie krzyczy. Nikt nie chce problemów.
Utrzymałam jego spojrzenie.
— Problemy nie przychodzą, gdy się krzyczy, Fabianie. Przychodzą, gdy się milczy.
Sąsiedzi już gromadzili się kilka metrów dalej, z kijami, lampami, kamieniami w dłoniach. Nikt sam nie był odważny… ale wszyscy razem to co innego.
Fabian cmoknął językiem i odsunął się.
— To nie pozostanie bez echa — mruknął.
Wsiedli do terenówek i odjechali, wzbijając kurz.
Ale ja coś wiedziałam: wrócą. Z większą siłą. Z większą ilością broni. Z mniejszą cierpliwością.
Weszłam do domu, zasunęłam rygiel i podeszłam do kryjówki.
Robert był blady, słyszał wszystko spod podłogi.
— Kto to był? — wyszeptał.
— Ci, którzy rządzą bez mundurów — odparłam. — I teraz już wiedzą, że im przeszkadzam.
Robert zacisnął szczękę. Widać było, że gryzie go wstyd.
— Nie powinienem był pani w to wciągać.
— Nie wciągnął mnie pan — ucięłam. — Sama wskoczyłam do tej rzeki.
Przez chwilę milczał.
— Amelio… ja nie jestem świętym. — Wziął głęboki oddech. — Robert Grabowski zniknął, bo mój własny wspólnik mnie sprzedał. I dlatego, że ja… ja odkryłem coś, czego nie powinienem.
— Co takiego?
Wyjął coś z mokrych spodni: pendrive’aowiniętego w plastik i taśmę, jakby chronił go własnym ciałem.



