Dźwięk suwaka walizki przeciął ciszę, wydając się głośniejszy, niż powinien.
Wanda Nowak stała pośrodku swojej kuchni, gdzie granitowe blaty lśniły pod światłem wiszących lamp, i patrzyła na mężczyznę, którego nazywała mężem przez osiem lat.
Marek opierał się o wyspę kuchenną, skrzyżował ramiona, a na jego ustach pojawił się ten nieznośny uśmieszek. Miał na sobie szary garnitur, który pewnie kosztował więcej niż czynsz większości ludzi, a jego zegarek błyszczał przy każdym ruchu nadgarstka. Wszystko w nim krzyczało o pieniądzach, władzy i kontroli.
— Więc naprawdę to robisz? — zapytał, a jego głos ociekał ironią. — Naprawdę odejdziesz?
Dłonie Wandy nie drżały, gdy położyła klucze do domu na blacie. Metal zabrzęczał o kamień, brzmiąc niczym ostatni akord.
— Tak.
Marek się roześmiał – naprawdę, serio się roześmiał.
— No proszę. Wyjdź. Dam ci tydzień bez mnie, może mniej. Dokąd pójdziesz, Wanda? Co zamierzasz robić? Nie pracowałaś od lat. Żyłaś z moich pieniędzy, w moim domu, jeździłaś moimi samochodami.
Wanda milczała. Wyciągnęła telefon z torebki i spojrzała na godzinę.
23:47.
Za trzynaście minut byłby nowy dzień. Nowy początek.
— Myślisz, że dasz sobie radę sama? — Marek szedł w jej stronę. — Że ktoś zatrudni kobietę, która nie praktykowała prawa od ośmiu lat? Że stać cię na mieszkanie w tym mieście bez mojej pomocy?
Wanda spojrzała na niego – naprawdę spojrzała.
Kiedyś uważała, że jest przystojny. Teraz widziała tylko okrucieństwo w jego oczach, arogancję w postawie. Widziała mężczyznę, który od trzech lat sypiał z Katarzyną Lis z jego działu księgowości. Mężczyznę, który zabierał Katarzynę na drogie kolacje, podczas gdy Wanda czekała w domu. Mężczyznę, który kupował jej biżuterię za pieniądze z rodzinnego spadku Wandy.
— Poradzę sobie — powiedziała cicho.
— Poradzisz sobie. — Przedrzeźniał jej ton, po czym pokręcił głową. — Wrócisz, czołgając się. One zawsze wracają. Kobiety takie jak ty – nie jesteście stworzone do prawdziwego świata. Jesteście stworzone do tego.
Wskazał na kuchnię: luksusowe meble, profesjonalny sprzęt, kryształowy żyrandol w jadalni widoczny przez drzwi.
Wanda podniosła walizkę. Spakowała się lekko – jedna torba z ubraniami, kosmetykami, ważnymi dokumentami. Wszystko inne – markowe ciuchy, drogie buty, biżuteria, którą jej kupował – zostawiała za sobą.
Nie chciała tego.
— Do widzenia, Marek.
— Wrócisz przed weekendem — rzucił za nią, gdy szła w stronę drzwi. — Nie zmieniam zamków, bo wiem, że wkrótce będziesz musiała wrócić do domu.
Zatrzymała się w drzwiach, ręka na klamce, i ostatni raz spojrzała na niego.
Stał w holu, tak pewny siebie, tak przekonany o swojej racji.
Nie miał pojęcia, co nadchodzi.
— Nie czekaj na mnie — powiedziała i wyszła w noc.
Drzwi zamknęły się za nią z cichym kliknięciem.
Zaparkowany dwie przecznice dalej stał jej stary Fiat Punto – samochód, który miała przed ślubem. Marek kazał jej go trzymać w przechowalni, bo nie pasował do wizerunku ich podjazdu. Teraz była wdzięczna, że miał go zarejestrowanego tylko na siebie, a spłaciła go lata temu.
Gdy odjeżdżała od domu – od życia, które znała od ośmiu lat – Wanda poczuła coś, czego nie czuła od dawna.
Wolność.
Telephone zadzwonił w uchwytTelefon zadzwonił w uchwytcie, a wiadomość od jej dawnej mentorki ze studiów prawniczych potwierdzała, że dokumenty zostały złożone i od jutra będzie znów pełnoprawną mecenas Nowak.



