Ukryta Zemsta: Służąca Słyszy Krzyk z GrobuZapomniała jednak, że bogacz już od dawna wiedział o jej zbrodni i tylko czekał, by ją przyłapać.6 min czytania.

Dzielić

Słyszysz, muszę ci opowiedzieć tę historię, ale taką już naszą, polską, bo to wszystko działo się tutaj. Ten krzyk wydarł się z jej gardła, zanim jeszcze Zofia zrozumiała, co widzi. Jej dłonie zapadły się w miękką ziemię, zbyt miękką, jakby ktoś kopał tu dosłownie chwilę temu. Metalowa konewka wyślizgnęła jej się z palców i z brzękiem uderzyła o kamienie w ogrodzie, rozdzierając poranną ciszę. Upadła na kolana, nerwowo grzebiąc w ziemi pod krzakami róż.

A potem dotknęła czegoś zimnego, gładkiego, ludzkiego – małej rączki. Świat stanął w miejscu, ale jej serce nie. Waliło jak oszalałe, każdy jego cios był niemym krzykiem, gdy kopała, paznokcie łamały się, dłonie raniły o ukryte kamienie, aż ujrzała niebieską tkaninę piżamki. Tej piżamki z dinozaurami, którą sama wyprasowała poprzedniego wieczoru.

“Jaś.” Imię wydobyło się z jej gardła, zachrypnięte i połamane. Zofia wsunęła ręce pod ciało chłopczyka i pociągnęła zbyt mocno, zbyt desperacko. Zaułasował się w powietrzu, jego ściśnięta klatka piersiowa gwałtownie drgała, a potem wydał z siebie dźwięk: przenikliwy, zduszony, żywy. “Przepraszam, kochanie. Przepraszam.” Łkała, przyciskając go do piersi, a on słabo się wił, z buzią pełną ziemi.

Jego malutkie palce wczepiły się w kołnierz jej fartucha, jakby to była jedyna prawdziwa rzecz na świecie. “Nie chciałam cię skrzywdzić. Proszę, Jezu, proszę, niech on oddycha.” Zachwiała się do tyłu, niosąc go na rękach, ziemia osypywała się jej z nóg. Jego płacz był chrapliwy, zduszony, jak u kogoś, kto zapomniał, jak się krzyczy.

“Pomocy!” – głos Zofii rozdarł spokój posiadłości. “Niech ktoś pomoże!” Trzasnęły drzwi. Ciężkie kroki zagrzmiały przez podwórze. Ryszard Kowal, jeden z najbogatszych ludzi w Warszawie, zawsze tak opanowany, tak elegancki, biegł w ich stronę, a jego twarz była nie do poznania.

To nie był strach, nie szok, to była ślepa, zwierzęca furia. “Co ty zrobiłaś?!” – ryknął. Zofia próbowała mówić, głos jej drżał niekontrolowanie. “Panie, znalazłam go zakopanego. Wyciągnęłam go… potworność.” Ryszard podszedł i wyrwał jej Jasia z ramion z taką siłą, że chłopiec wrzasnął z bólu. “Zakopałaś mojego syna żywcem”. “Nie, nie, proszę pana.”

Zofia wyciągnęła ręce, panika zalewała każdy jej nerw. “Ja go uratowałam. Usłyszałam, jak płacze.” I wtedy dłoń Ryszarda przecięła powietrze i uderzyła ją w twarz tak mocno, że głowa jej odskoczyła. Ból eksplodował w szczęce, zanim zdołała zareagować. Zachwiała się, ale on już ją popychał znowu. Pchnięcie w pierś, które odrzuciło ją do tyłu, prosto w krzaki róż.

Ciernie porozdzierały jej ramiona, nogi, plecy. Fartuch rozdarł się na strzępy, gdy upadła między poplątane gałęzie, z oddechem uwięzionym w gardle. Krew spływała po przedramieniu. Próbowała wstać, ręce jej drżały oparte o ziemię. “Panie Kowal, ja bym nigdy…” “Zamknij się” – warknął, a jego głos załamywał się z bólu i gniewu. “Zaufalem ci moimi dziećmi, Ryszardzie.”

Głos Celestyny popłynął z tarasu, miękki, pełny troski, idealnie wyreżyserowany. Pojawiła się w nieskazitelnym, białym, jedwabnym szlafroku, jej blond włosy spływały idealnymi falami, oczy wytrzeszczone w obliczonym szoku. Podeszła do męża, kładąc drżącą dłoń na jego ramieniu. “Mój Boże, Zofio, jak mogłaś? Jaś to tylko dziecko.” “To nie ja” – wyszeptała Zofia z desperacją. “Słyszałam, jak płacze. Kopałam. Uratowałam go.” Celestyna przyłożyła dłoń do ust, jej oczy szkliły się łzami, które wyglądały jak wyjęte z scenariusza. “I mamy w to uwierzyć? Byłaś z nim sama. Zachowywałaś się dziwnie od tygodni.” “To prawda” – krzyknęła jedna ze służących z progu. “Słyszałam, jak znowu dziś rano do siebie mówiła. Zawsze myślałam, że coś jest z nią nie tak.” Dołączył się kolejny głos. “Oną ma obsesję na punkcie tych dzieci.” “Potwór, dzieciobójczyni.” “Zabierzcie ją stąd.” Zofia poczuła, jak ziemia usuwa się jej spod nóg. Nie przez krew na ramionach, nie przez ból na twarzy, ale przez ich spojrzenia, wszystkich, jakby była czymś, co trzeba wymazać. A Celestyna, stojąca tam z tym niewidzialnym uśmieszkiem w oczach, wiedziała dokładnie, co robi.

Ryszard odwrócił się plecami i wszedł po schodach, niosąc Jasia. Chłopiec wciąż pokaszliwał ziemię, jego małe ciałko drżało. Zofia stała tak, na kolanach między cierniami, krew sączyła się z ran na ramionach, smak żelaza w ustach, gdzie policzek rozciął jej wargę. Chciała krzyczeć prawdę, aż straci głos, ale słowa umierały, zanim opuściły usta, zduszone ciężarem wszystkich tych oskarżycielskich spojrzeń.

Nikt nie pomógł jej wstać. Kolejne godziny wlekły się jak rozbite szkło. Zofia siedziała na zimnych, marmurowych stopniach bocznego wejścia, podczas gdy dwóch policjantów zadawało w kółko te same pytania, głosami monotonnymi, pisząc coś na blatach. “Gdzie pani była, zanim znalazła chłopca?” “W ogrodzie. Słyszałam, jak płacze pod ziemią.” Starszy policjant zamienił spojrzenie z partnerem. “A pani naprawdę chce, żebyśmy w to uwierzyli?” Powtarzała tę historię jak zepsutą modlitwę, ale oni nie słuchali, tylko notowali, katalogowali, decydowali. W środku głos Celestyny unosił się po korytarzu jak drogie perfumy, słodki, opanowany, zabójczy. “Panie detektywie, Zofia zawsze była niestabilna. Mówi do siebie, gapi się na zdjęcia dzieci nocami. Bałam się, że może kogoś skrzywdzić.” Zofia wbiła paznokcie w dłonie, by nie krzyczeć. Kiedy policjanci w końcu odeszli, weszła do swojej służbówki, ciasnego pomieszczenia z tyłu domu, gdzie okno wychodziło naAle gdy zamknęła oczy, by zebrać myśli, usłyszała ciche szuranie za drzwiami – to mała Hania, jej jedyna nadzieja na odkrycie prawdy, stała tam z zapuchniętymi od płaczu oczami, ściskając w dłoni srebrny spinek do włosów należący do macochy.

Leave a Comment