Hala szkolna huczała od gwaru: krzyków, śmiechów, szeptów. Uczniowie tworzyli szczelny krąg; prawie każdy trzymał w dłoni telefon. Nikt nie chciał przegapić tego „widowiska”.
W samym środku stała Zosia.
Drobna, szczupła, w za dużej bluzie z kapturem. Ta sama dziewczyna, która prawie zawsze pozostawała w cieniu. Zawsze siadała w ostatniej ławce, nigdy nie dyskutowała i starała się stać niewidzialna.
Ale tego dnia to nie zadziałało.
Przed nią stał on: najsilniejszy uczeń w szkole. Kapitan drużyny. Ulubieniec trenerów. Szkolny dręczyciel, od którego wszyscy woleli trzymać się z daleka.
Uśmiechnął się szyderczo.
— Więc kujonka się zjawiła? — powiedział głośno, dbając, by usłyszał go każdy. — Postanowiłaś zrobić ze mnie idiotę?
Zosia zaciśnęła dłonie w kieszeniach. Palce jej drżały.
— Tylko odpowiedziałam na pytanie nauczyciela — powiedziała cicho.
Ktoś zaśmiał się w hali.
— Doskonale wiedziałaś, co robisz — zrobił krok bliżej. — Przez ciebie wyszedłem na głupka przed całą drużyną.
Zastąpił jej drogę jak mur. Różnica wzrostu była onieśmielająca.
— Nie chciałam… — wyszeptała Zosia.
— Nie chciałaś? — pochylił się, aż znalazł centymetry od jej twarzy. — A teraz co? Chcesz? Chcesz przeprosić?
Tłum zastygł w bezruchu.
— Na kolana — powiedział spokojnie. — I przeproś.
Po kręgu przebiegł pomruk. Niektórzy już się uśmiechali, wyczekując finału.
Zosia opuściła głowę. Przez sekundę wszyscy myśleli, że się załamała. Że naprawdę ma zamiar usłuchać.
Lecz nikt z nich nie wiedział, kim była naprawdę. Ani jaką cenę przyjdzie zapłacić za ten „żart”.
Zosia poświęciła kilka lat życia boksowi. Była mistrzynią i przywykła do intensywnych treningów, do ciosów i do surowej dyscypliny.
Z powodu poważnej kontuzji musiała porzucić sport i od tamtej pory starała się nie rzucać w oczy i unikać konfliktów.
Wzięła głęboki oddech i poprosiła dręczyciela, by odszedł. Roześmiał się i próbował popchnąć ją ramieniem, pewny, że ona nie odpowie.
Zosia zareagowała natychmiast. Zeszła z linii ataku i wyprowadziła krótki, precyzyjny cios w korpus, tak jak nauczono ją na treningach.
Chłopak stracił równowagę i zgiął się z bólu. Gdy próbował się podnieść, Zosia zadała mu drugi cios w szczękę, kontrolując siłę i nie przekraczając granicy.
Dręczyciel runął na podłogę hali, oszołomiony i niezdolny pojąć, co się stało. Nad halą zapadła absolutna cisza, bo nikt nie spodziewał się takiego zakończenia.
Zosia spojrzała na niego i powiedziała spokojnie:
— Sport porzuciłam przez kontuzję, ale umiejętności nie zniknęły.
Po tych słowach Zosia odwróciła się i wyszła z hali.
Nikt nie próbował jej zatrzymać. Śmiechy umilkły, telefony opadły. Wszystkim stało się jasne, że spokój i skromność na zewnątrz nie oznaczają słabości, a ktoś, kogo tak długo lekceważono, może okazać się najmocniejszy.



