—Jesteś nieudacznikiem, niezdarą i idiotką!
Suchy dźwięk policzka rozległ się jak strzał w ogromnym marmurowym holu, zamrażając powietrze. Echo uderzenia odbijało się od ścian zdobionych bezcennymi dziełami sztuki, ale nikt nie śmiał się poruszyć.
Oliwia Nowak, olśniewająca i kapryśna żona miliardera Ryszarda Kowalskiego, stała drżąc z gniewu. Jej wieczorowa suknia, niebieski jak szafir projekt haute couture, lśniła w świetle kryształowego żyrandola, ale jej twarz, wykrzywiona wściekłością, niweczyła wszelkie ślady piękna. Przed nią, z zaczerwienionym i palącym policzkiem, stała Alicja Szymańska, nowa pomoc domowa.
Alicja nie zapłakała. Nie przyłożyła dłoni do twarzy. Po prostu ścisnęła srebrną tacę, którą trzymała, aż jej knykcie zrobiły się białe. U jej stóp na perskim dywanie leżały rozrzucone szczątki antycznej porcelanowej filiżanki. Drobny wypadek. Potknięcie wywołane, jak niosły złośliwe języki kuchni, przez samą Oliwię, która dyskretnie podstawiła nogę, gdy Alicja przechodziła.
— Masz choćby pojęcie, ile kosztuje ta suknia? — syknęła Oliwia, przybliżając swoją twarz do twarzy służącej, szukając strachu w jej oczach. Chciała zobaczyć, jak pęka. Chciała zobaczyć łzy, jak u pięciu poprzednich pokojówek w tym samym tygodniu. — Powinnam kazać cię wyrzucić na bruk w tej chwili, bez grosza przy duszy!
Ryszard, właściciel domu, schodził w tej chwili po imponujących kręconych schodach. Zatrzymał się w połowie drogi, jego dłoń zaciskała się na mahoniowej poręczy. Jego twarz zdradzała głębokie zmęczenie, wyczerpanie, które nie było fizyczne, lecz duszy.
— Oliwio, proszę… — jego głus zabrzmiał chrapliwie. — Dość.
Odwróciła się do męża, iskrząc oczami. — Dość? Ryszardzie, ta dziewczyna to nieudacznik. Zrujnowała mi wieczór! Jest taka sama jak wszystkie inne szczury, które zatrudniasz.
Alicja wzięła głęboki oddech. Ból w policzku był ostry, ale jej myśli były gdzie indziej. Myślała o rachunkach z szpitala swojej matki, o długu, który piętrzył się z miesiąca na miesiąc. Myślała o obietnicy, którą dała sobie, zanim przekroczyła złote drzwi Rezydencji Kowalskich: Przetrwam. Nie ważne jaki potwór tu mieszka, ja jestem silniejsza.
— Bardzo przepraszam, proszę pani — powiedziała Alicja. Jej głos nie drżał. Był cichy, stanowczy i uprzejmy. — Natychmiast posprzątam bałagan i zajmę się pani suknią, tak by była nieskazitelna, zanim pani dokończy kieliszek.
Oliwia mrugnęła, zaskoczona. Spodziewała się płaczu, próśb lub natychmiastowej rezygnacji. Spokój Alicji zbił ją z tropu, a to rozwścieczyło ją jeszcze bardziej. — Lepiej żebyś tak zrobiła — splunęła z pogardą Oliwia. — Bo ja cię obserwuję. Jeden błąd, tylko jeden, a ja cię zniszczę.
Tej nocy, w samotności pomieszczeń dla służby, atmosfera była ponura. Maria, doświadczona gospodyni, która widziała dziesiątki mijających ją dziewczyn, podeszła do Alicji, gdy ta mechanicznie polerowała srebro.
— Masz jaja, dziecko — szepnęła Maria, kręcąc głową. — Ale nie wytrzymasz. Oliwia to… to zielsko. Lubi władzę. Lubi upokarzać ludzi takich jak my, by poczuć się lepszą. Uciekaj, zanim zrobi ci coś gorszego.
Alicja podniosła wzrok. Jej ciemne oczy błyszczały z intensywnością, jakiej Maria nigdy nie widziała u służącej. — Nie mogę odejść, Mario. Potrzebuję tej pracy bardziej niż powietrza, którym oddycham.
Ale było coś jeszcze. Coś, czego Alicja nie powiedziała na głos. Gdy sprzątała bałagan w holu, coś zauważyła. W powietrzu unosiła się nie tylko okrucieństwo Oliwii; był też strach. Oliwia zachowywała się z desperacją kogoś, kto ukrywa coś wielkiego, coś mrocznego. A Alicja, która dorastała, ucząc się czytać ciszę i unikające spojrzenia oczy, wiedziała, że najlepszą obroną nie jest atak, lecz obserwacja.
Kolejne dni były wyrachowanym piekłem. Oliwia poświęciła się zamienianiu życia Alicji w tor przeszkód. Kazała jej prasować jedwabne prześcieradła trzy razy, bo „wciąż wyczuwała niewidzialne zmarszczki”. Wymagała, by kawa miała dokładnie 85 stopni, a jeśli różniła się o jeden, wylewała ją do zlewu. Celowo bałaganiła własną garderobę, tylko po to, by obserwować, jak Alicja po niej sprząta.
Jednak Alicja nie pękła. Stała się wydajnym cieniem, niemal niewidzialną obecnością, która wyprzedzała kaprysy swojego oprawcy.
Ryszard zaczął to dostrzegać. Pewnej nocy, gdy znalazł swój gabinet uporządkowany dokładnie tak, jak lubił, z posegregowanymi dokumentami i filiżanką gorącej herbaty czekającą na biurku po wyczerpującej podróży, spojrzał na Alicję. — Jesteś tu miesiąc — powiedział prawie z niedowierzaniem. — To rekord olimpijski w tym domu. — Po prostu wykonuję swoją pracę, panie Kowalski — odparła z lekkim uśmiechem, nie przerywając pracy. — Jesteś inna — mruknął, patrząc na nią z ciekawością. — Tamte… bały się. Ty masz cierpliwość.
Czego Ryszard nie wiedział i czego Oliwia nawet nie podejrzewała w swojej arogancji, to że cierpliwość Alicji nie była uległością. Była strategią.
Alicja zaczęła dostrzegać schematy. Szeptane telefony Oliwii o niewłaściwych godzinach, gdy sądziła, że służba śpi. Nagłe wyjścia na „eventy charytatywne”, które nie pojawiały się w towarzyskich kalendarzach miasta. Paragony z ekstrawaganckich zakupów, które nie zgadzały się ze sklepami dostarczającymi paczki do domu.
Pewnego burzowego popołudnia, gdy deszcz wściekle uderzał w okna rezydencji, Alicja sprzątała w pobliżu drzwi do biblioteki. Usłyszała głos Oliwii. Nie krzyczała, jak zwykła to robić ze służbą. Jej ton był niski, słodki i nacechowany niebezpieczną zmową.
—… Mówiłam ci, żebyś nie był niecierpliwy. Stary jest nudny, ale to kopalnia złota. Potrzebuję tylko kilku miesięcy więcej, by zabezpieczyć fundpowieści… Tak, oczywiście że uciekniemy. Ale nie z pustymi rękami.



