Pióro Montblanc ciążyło tonę w dłoni Izabeli. Nie przez złoto, z którego było wykonane, lecz przez wyrok, który miała podpisać.
Cisza w salonie pałacu Szymańskich nie była spokojna; była gęsta, nasycona wrogością, która przylepiała się do skóry. Trzy lata. Trzy lata jej życia zredukowane do tego kawałka papieru na mahoniowym stole.
—Zamierzasz dziś podpisać, czy poczekamy, aż nauczysz się pisać? —głos Kamili, jej szwagierki, przeciął powietrze. Siedziała rozwalona na skórzanej sofie, trzymając kieliszek Chardonnay z tą leniwą elegancją kogoś, kto nigdy nie musiał na nic pracować.
Izabela podniosła wzrok. Jej zaczerwienione, ale suche oczy szukały Krzysztofa. Jej męża. Człowieka, któremu przysięgła wieczną miłość przy ołtarzu udekorowanym białymi kwiatami, które, jak teraz sobie uświadomiła, kosztowały więcej niż dom, w którym dorastała. Krzysztof patrzył przez okno, unikając jej spojrzenia, z tą letnią tchórzliwością, którą Izabela tak długo myliła z nieśmiałością.
—Zostaw ją, Kamila —powiedziała pani Zofia, jej teściowa, z uśmiechem, który nie sięgał jej zimnych oczu—. Biedaczka pewnie oblicza, ile traci. Przyszła do tego domu z walizką tanich ubrań i z tą samą walizką wyjdzie. To boska sprawiedliwość.
Izabela poczuła palenie w gardle. Chciała krzyczeć. Chciała im powiedzieć, że kochała Krzysztofa, gdy był nikim w firmie swojego ojca, że znosiła jego pogardę nie dla pieniędzy, lecz z głupią nadzieją na posiadanie rodziny.
—Porozumienie jest jasne —wtrącił się adwokat rodziny, mężczyzna o obliczu łasicy—. Wyrzeka się wszelkiej alimentacji, wszelkich nieruchomości i wszelkich roszczeń na przyszłość. W zamian, Szymańscy… łaskawie decydują się nie publikować dowodów jej „niedyskrecji”.
Izabela gwałtownie upuściła pióro. Dźwięk rozległ się jak strzał.
—Niedyskrecja? —jej głos był ochrypły, ale stanowczy—. Nigdy nie byłam mu niewierna. Nigdy.
Pan Leonard, patriarcha, westchnął z nudów ze swojego miejsca na czele stołu.
—Proszę cię, dziecinko. Krzysztof opowiedział nam wszystko. Wiemy o twojej przygodzie z tym… instruktorem. Mamy zdjęcia. Jeśli nie podpiszesz teraz i nie wyniesiesz się, zadbamy o to, by twoje imię zostało tak splamione, że nawet w piekarni w twojej dzielnicy nie dadzą ci pracy.
To było kłamstwo. Podłe kłamstwo, by nie dać jej ani grosza. Krzysztof wiedział, że to kłamstwo, ale stał tam, w milczeniu, pozwalając, by jego rodzice ją niszczyli.
—Krzysztofie —Izabela zawołała go po raz ostatni—. Spójrz na mnie i powiedz to sam. Powiedz, że to prawda.
Odwrócił się, z twarzą napiętą.
—Podpisz, Iza. To najlepsze. Wróć do swego ojca, do warsztatu samochodowego. Tam jest twoje miejsce. Wśród smaru i niewykształconych ludzi. My jesteśmy… zbyt wielkimi ludźmi dla ciebie.
Coś pękło w Izabeli. Ale nie jej serce. To strach pękł.
Przypomniała sobie swojego ojca. Edwarda. Mężczyznę, który wracał do domu z rękami poplamionymi olejem, który nauczył ją, że godności nie można kupić, że wartość człowieka mierzy się jego słowem, a nie portfelem. Oni się z niego naśmiewali. Nazywali go „mechanikiem”, jakby to była obelga.
—Dobrze —powiedziała Izabela, zamykając teczkę—. Podpiszę. Ale najpierw muszę wykonać jeden telefon.
Pani Zofia wybuchła ostrym śmiechem.
—Do kogo? Do swojego tatusia, żeby przyjechał po ciebie swoim starym gruchotem? Powiedz mu, żeby zaparkował na ulicy, nie chcę, żeby kapało mu olej na mój brukowany podjazd.
Izabela nie odpowiedziała. Wybrała numer. Czekała na dwa sygnały.
—Tato… już czas. Robią to właśnie teraz.
Odłożyła słuchawkę.
—Mówi, że już tu jest.
Czego Szymańscy nie wiedzieli, to że „warsztat” Edwarda nie naprawiał starych samochodów. Czego nie pojmowali, w swojej bańce arogancji, to że świat poza ich złotą bramą właśnie miał się drastycznie zmienić.
Dźwięk, który dobiegł z zewnątrz, nie był kaszlem silnika starej furgonetki. Był to głęboki, potężny ryk silnika V12, a po nim zgrzyt opóź dwóch pojazdów ochrony.
—Co do cholery…? —Pan Leonard zerwał się na równe nogi, oburzony.
Kamerdyner wpadł do salonu, blady jak ściana.
—Panie… w bramie są jacyś ludzie. Ochrona prywatna. I jakiś pan, który… żąda wjazdu.
—Wyrzuć ten motłoch! —wrzasnęła Zofia.
Ale było za późno. Podwójne drzwi salonu otworzyły się na oścież.
I wtedy Izabela się uśmiechnęła.
Ponieważ burza właśnie wkroczyła do środka i miała na sobie trzy tysiące dolarów włoskiego garnituru.
Edward Nowak przekroczył próg. Nie było śladu smaru na jego dłoniach. Miał przyciemniane okulary, które zdjął z kinową powolnością, odsłaniając stalowe spojrzenie, które przemiotło po pomieszczeniu. Za nim dwaj adwokaci ze skórzanymi aktówkami i czterej ogromni ochroniarze rozwinęli się po salonie z wojskową efektywnością.
Zapadła absolutna cisza. Krzysztof stał z otwartymi ustami. Zofia upuściła kieliszek, plamiąc perski dywan, ale nikt nie zwrócił na to uwagi.
—Dobry wieczór —głos Edwarda był niski, kulturalny i przerażająco niebezpieczny—. Przyszedłem po moją córkę. I by załatwić kilka interesów.
Pan Leonard, odzyskując nieco godności, nadął się.
—Kim pan sobie jest, że tak wchodzi do mojego domu? Zawołam policję!
—Proszę bardzo —odpowiedział Edward spokojnie, podchodząc i stając obok Izabeli, kładąc opiekuńczą dłoń na jej ramieniu—. Właściwie to Komendant Wojewódzki jest na mojej liście szybkiego wybierania. W czwartek jemy obiad. Chce pan, żebym do niego zadzwonił?
Izabela poczuła ciepło dłoni ojca i po raz pierwszy od trzech lat mogła odetchnąć pełną piersią.
—Tato, oni mówią, że odchodzę z niczym. Że jestem wstydem, bo jestem córką mechanika.
Edward uśmiechnął się, wilczy uśmiech.
—Cóż, technicznie rzecz biorąEdward spojrzał na przerażonych Szymańskich i powiedział: “Moja firma właśnie przejęła wasz dług, a teraz musicie opuścić ten dom, który należy do mnie”.



