W czyje ręce trafiło dziecko z przerębla?6 min czytania.

Dzielić

Pamiętnik, 17 grudnia

Lód pękł tak głośno, że Hania nawet nie od razu zrozumiała: to nie gałąź, to coś strasznego.

Stała na brzegu miejskiego stawu z siatką, w której leżały dwie bułki chleba i paczka najtańszych herbatników. Mama obiecała upiec szarlotkę, jeśli Hania przyniesie wszystko przed zmrokiem. Grudniowe słońce już zachodziło, zabarwiając śnieg na różowo, a dziewczynka się spieszyła, ale ten dźwięk kazał jej zastygnąć w bezruchu.

A potem zobaczyła: na środku stawu, tam gdzie lód był najcieńszy, miotał się człowiek. Czarne palto, eleganckie, jak w filmach o bogaczach, migało w przeręblu, ręce chwytały się krawędzi, które natychmiast się odłamywały.

— Pomocy! — krzyknął mężczyzna, ale jego głos był dziwnie cichy, jakby już zmęczył się wołaniem.

Hania rozejrzała się: na alejce stali ludzie. Kobieta w szubie z norek patrzyła, przyciskając dłoń do piersi, ale nie ruszała się. Mężczyzna w dresie wyjął telefon — czy to filmował, czy dzwonił, nie wiadomo. Para studentów spojrzała na siebie i poszła w drugą stronę, szybko, prawie biegiem.

— Niech ktoś wezwie pomoc! — krzyknęła kobieta w szubie, ale sama stała dalej.

Hania patrzyła na tonącego człowieka i myślała o tym, że mama mówiła jej, żeby nigdy nie wchodzić na lód. Mama mówiła wiele rzeczy: że nie wolno rozmawiać z obcymi, że nie można brać cukierków od nieznajomych, że trzeba być ostrożną, bo ona, Hania, to jedyne, co mamie zostało. Ale mama mówiła też, że ludzie powinni sobie pomagać, bo inaczej świat zamieni się w zimne miejsce, gdzie każdy myśli tylko o sobie.

Hania spojrzała na swoją siatkę z chlebem, potem na przerębel, potem na ludzi, którzy wciąż stali i patrzyli. Mężczyzna w wodzie już prawie nie krzyczał, po prostu trzymał się krawędzi lodu i patrzył na brzeg oczami, w których Hania nawet z tej odległości widziała strach.

Nie pamiętała, jak znalazła się na lodzie. Po prostu nagle uświadomiła sobie, że biegnie, że jej zimowe buty ślizgają się po powierzchni, a serce wali tak głośno, że zagłusza wszystko inne.

— Dziewczynko, gdzie ty? — krzyknął ktoś z brzegu, ale Hania już nie słuchała.

Wiedziała, że nie wolno podchodzić blisko do przerębla — w szkole pokazywali obrazki, tłumaczyli. Dlatego położyła się na lodzie jakieś trzy metry od dziury i zaczęła pełzać. Szalik rozwinął się i wlókł obok jak ruda wężyca.

— Odejdź! — zacharczał mężczyzna, kiedy ją zobaczył. Zęby mu dzwoniły, usta posiniały, ale oczy miały wściekły wyraz. — Wynoś się stąd, dziecko, też wpadniesz!

Hania nie odpowiedziała. Patrzyła na niego, potem na lód wokół przerębla, potem na swój szalik. Szalik był długi, babcia go zrobiła na drutach, zanim odeszła, a mama mówiła, że to pamiątka i że trzeba go chronić. Ale babcia mówiła też, że rzeczy to tylko rzeczy, a ludzie są ważniejsi.

Hania zdjęła szalik i rzuciła jeden jego koniec w stronę mężczyzny. Szalik wpadł do wody obok jego dłoni.

— Niech pan się złapie! — powiedziała głosem, którego sama nie rozpoznała.

— Nie dam rady cię wyciągnąć — odpowiedział mężczyzna, ale mimo to chwycił szalik.

— Pan musi sam. Będę trzymała, a pan niech się podciąga. Tylko niech pan nie szarpie mocno, bo pojadę w pana stronę.

Nie wiedziała, skąd wzięły się te słowa. Może z jakiegoś filmu, może z książki, którą czytała mama. Mężczyzna patrzył na nią przez sekundę, przez dwie, w końcu skinął głową. Zaczął się podciągać i Hania poczuła, jak szalik napina się, jak ciągnie ją do przodu. Oparła się butami o lód, buty się ślizgały. Wtedy przekręciła się na plecy, owinęła szalik wokół nadgarstka i oparła się piętami. Tak było lepiej, prawie się nie poruszała.

Mężczyzna powoli, bardzo powoli wydostawał się z wody. Lód pod nim trzeszczał i za każdym razem Hania myślała, że znów się załamie, ale tak się nie działo. Pełzał w jej stronę, zostawiając za sobą mokry ślad, a jego drogie palto wyglądało teraz jak szmata. Kiedy znalazł się obok, Hania zobaczyła, że wcale nie jest stary, może jak ten aktor z serialu, który lubi mama. Twarz miał przystojną, ale teraz szarą i przerażoną.

— Pełzniemy do brzegu — powiedziała. — Powoli. Nie wstajemy.

Pełzli przez całą wieczność. Hania słyszała, jak na brzegu ktoś krzyczy, jak wyje syrena — ktoś w końcu wezwał pogotowie. Myślała o tym, że mama będzie się złościć, że szalik jest teraz mokry i brudny, że chleb pewnie się pogniótł w siatce, którą zostawiła na brzegu.

Kiedy wreszcie dotarli na twardy brzeg, Hania usiadła w śniegu i rozpłakała się. Nie ze strachu — strach poczuje później, nocą, kiedy będzie leżeć w łóżku i przypominać sobie trzask lodu. Teraz płakała tylko dlatego, że wszystko się skończyło, i dlatego, że bardzo zmarzła, i dlatego, że mężczyzna obok też płakał, chociaż dorośli mężczyźni podobno nie powinni.

Wokół już krzątali się ludzie, pojawili się nagle, jak karaluchy po zapaleniu światła. Kobieta w szubie podawała Hani swój szal, jakiś facet gadał przez telefon, lekarze z pogotowia biegli z noszami.

— Jak masz na imię? — zapytał przemoczony mężczyzna, a jego zęby dzwoniły tak, że słowa wychodziły urywane.

— Hania. Hania Nowak.

— Jestem Tomasz. Dziękuję ci, Haniu Nowak.

Lekarze już ciągnęli go do karetki, otulali kocem, ale on cały czas na nią spoglądał. Hania patrzyła, jak karetka odjeżdża, potem podniosła swoją siatkę — chleb rzeczywiście się pogniótł, ale nie bardzo — i poszła do domu.

Mama przywitała ją krzykiem. Nie złym, ale przestraszonym: ktoś z sąsiadów zdążył już zadzwonić i opowiedzieć, że widział Hanię na lodzie. Weronika Nowak, lat 29, piękna nawet teraz, gdy jej twarz była biała z przerażenia, chwyciła córkę za ramiona i potrząsała nią, pytając, co siępotem już, już miała na nią nakrzyczeć, ale w ostatniej chwili zamiast krzyku wydał z siebie tylko zduszony łkanie i przycisnęła Hanię tak mocno, jakby chciała ją schować z powrotem w swoim sercu.

Leave a Comment