Wróciłem Wcześniej, by Zaskoczyć Córkę, a Zastałem Łobuzów Znęcających się nad Nią. Nie Wiedzieli, że Stoję Za Ich Plecami.5 min czytania.

Dzielić

ROZDZIAŁ 1: DŁUGA DROGA DO DOMU

Powietrze w samolocie C-130 zawsze pachnie tak samo. Mieszanką płynów hydraulicznych, stęchlizny i niepokoju. Ale tym razem, po raz pierwszy od osiemnastu miesięcy, czułem w nim nadzieję.

Przesunąłem się na siatkowym siedzeniu, próbując znaleźć wygodną pozycję dla obolałych nóg. Za dużo patroli, za dużo kilometrów z ciężkim plecakiem po nierównym terenie. Ale dziś ból nie miał znaczenia.

Wracałem do domu.

Nie na dwutygodniową przepustkę. Na zawsze. Moje papiery zdemobilizowania były podpisane, zapieczętowane i schowane w kieszeni plecaka. Koniec z wojną. Koniec z piaskiem.

Spojrzałem na zdjęcie przyklejone do wnętrza hełmu. To była niepozowana fotka mojej żony, Kingi, i córki, Zosi. Zosia na zdjęciu miała czternaście lat, zdmuchując świeczki na torcie. Teraz była już prawie szesnastolatką.

Dwa lata jej życia przegapiłem.

— Nerwowy, sierżancie? — Podniósłem wzrok. Naprzeciwko siedział młodziak, kapral Nowak, świeżo upieczony żołnierz z szerokim uśmiechem.

— Można tak powiedzieć — warknąłem, po raz setny sprawdzając zegarek.

— Ona nie wie?

— Nie — odparłem, a na moich spierzchniętych wargach pojawił się lekki uśmiech. — Kinga myśli, że jestem jeszcze w Niemczech i kończę formalności. Zosia sądzi, że wrócę dopiero na święta.

— To dopiero będzie niespodzianka — zaśmiał się Nowak.

Skinąłem głową i spojrzałem przez małe okienko, choć widziałem tylko chmury.

Prawda była taka, że się bałem.

W wojsku wiedziałem, kim jestem. Byłem sierżantem Kowalskim. Wydawałem rozkazy. Pilnowałem swoich ludzi. Znałem zasady walki.

Ale w domu? Nie byłem pewny, czy jeszcze potrafię być “tatą”.

Zosia była w tym wieku, gdy wszystko się zmienia. Ostatnio, gdy rozmawialiśmy przez kamerkę, wydawała się odległa. Milcząca. Odpowiadała monosylabami. Kinga twierdziła, że to “typowe nastoletnie humory”, ale przeczucie mówiło mi coś innego. Ojcowska intuicja to dziwna rzecz — działa nawet z odległości tysięcy kilometrów.

Samolot wylądował na lotnisku wojskowym trzy godziny później. Gdy opuszczono rampę i w twarz uderzyło mnie wilgotne polskie powietrze, poczuł się ucisk w piersi.

Nie zamówiłem taksówki. Nie zadzwoniłem do Kingi. Poprosiłem kolegę z bazy, żeby mnie podwiózł.

— Od razu do domu? — zapytał, wrzucając mój plecak do bagażnika pickupa.

Spojrzałem na telefon. 11:45. Środa.

Kinga była w pracy. Zosia w szkole — w Liceum Ogólnokształcącym im. Marii Konopnickiej.

Spojrzałem na mundur. Był zakurzony, pognieciony i śmierdział samolotem. Powinienem wrócić do domu, wziąć prysznic, przebrać się w cywilne ubranie. Powinienem pokazać się od najlepszej strony.

Ale nie mogłem czekać. Potrzeba zobaczenia ich była fizyczna, jak głód.

— Nie — powiedziałem, wsiadając do auta. — Zawieź mnie do szkoły.

— Pewny jesteś, stary? Wyglądasz, jakbyś dopiero co wyszedł z okopów.

— Właśnie z nich wyszedłem — odparłem. — Jedź.

ROZDZIAŁ 2: KORYTARZ

Liceum im. Konopnickiej nie zmieniło się za bardzo od czasów, gdy sam je kończyłem dwadzieścia lat temu. Cegły były trochę ciemniejsze, drzewa wyższe, ale atmosfera ta sama.

Zgłosiłem się w sekretariacie. Za biurkiem siedziała pani Wiśniewska. Pamiętała mnie jeszcze z czasów, gdy byłem uczniem.

Spojrzała znad komputera, zirytowana przerwą, ale wyraz jej twarzy zmiękł, gdy zobaczyła mundur. Spojrzała na naszywkę bojową na rękawie, stopień na piersi, pył na butach.

— W czym mogę pomóc, panie sierzancie? — zapytała łagodnie.

— Jestem tutaj, żeby zobaczyć się z Zosią Kowalską — powiedziałem ochryple. — Jestem jej ojcem.

Pani Wiśniewska przyłożyła dłoń do ust. — Ojej! Boże drogi! Czy ona wie?

— Nie, proszę pani. To niespodzianka.

Rozpromieniła się, ocierając oko. — Ma teraz czwartą lekcję. Przerwa obiadowa. Jest w stołówce, na końcu głównego korytarza, w lewo.

— Dziękuję.

— Niech pan idzie, sierżancie.

Wyszedłem z sekretariatu i ruszyłem korytarzem. Był pusty w czasie lekcji, ale echo setek nastolatków odbijało się od szafek.

Serce waliło mi jak młot. W strefie walki miałem spokojniejszy puls.

Dlaczego się tak denerwowałem? To była moja córka. Moja mała dziewczynka.

Ale nie była już mała. A ja byłem nieobecny zbyt długo.

Skręciłem w stronę stołówki. Podwójne drzwi były zamknięte, ale miały wąskie okienka z siatką.

Podszedłem cicho. Nie chciałem wpadać jak huragan. Najpierw chciałem ją zobaczyć. Chciałem chwilę, by się przygotować, by wywołać “ojcowski uśmiech”.

Zajrzałem przez szybę.

W stołówce panował chaos. Tace, krzyki, latające jedzenie. Prawdziwa dżungla.

Przeszukałem wzrokiem pomieszczenie, szukając znajomego nieporządnego kucyka.

Znalazłem ją.

Siedziała przy stole pod ścianą, blisko koszy na śmieci. Sama.

To zabolało. Zosia zawsze miała mnóstwo przyjaciół. Była tym dzieckiem, które zapraszało wszystkich na urodziny. Teraz siedziała zgarbiona, z głową opuszczoną, obierając skórkę z kanapki.

Wyglądała na odizolowaną. Pobitą.

Miałem właśnie otworzyć drzwi, gdy coś zwróciło moją uwagę.

Trzy dziewczyny. Szły między stolikami z wyraźnym zamiarem. Znałem ten chód. Widziałem go u watażków i u sierżantów musztry. To był krok kogoś, kto myśli, że rządzi terytorium.

Szły prosto na Zosię.

Zatrzymałem się, ręka zawisła nad klamką. Poczekaj, powiedziałem sobie. Może to przyjaciółki.

Ale nie wyglądały na przyjaciółki.

Przywódczyni, wysoka dziewczyna w drogich ciuchach i wysokim kucyku, dotarła do stolika Zosi. Nie powiedziała “cześć”. Uderzyła ręką w blat.

Zosia podskoczyła. Widziałem strach wZosia spojrzała na mnie przez łzy, a ja, nie patrząc już na przerażone drżenie jej prześladowczyń, otworzyłem ramiona i powiedziałem tylko: “Chodź, córeczko, zabieram cię do domu.”

Leave a Comment