Tomasz Borkowski otworzył ciężkie, dębowe drzwi „Złotej Podkowy”, a jego zniszczone robocze buty zaszurrały po wypolerowanej podłodze. Godzina obiadowa w pełni – każdy stolik zajęty, kelnerki przemykały między krzesłami z wysoko uniesionymi tacami.
Szedł pieszo od dwóch godzin. Jego ubranie było zakurzone od spania pod gołym niebem za dworcem autobusowym. Ale to miejsce – poznałby te ręcznie rzeźbione belki sufitowe wszędzie.
Kajetan Dąbrowski oderwał wzrok od stanowiska hostessy, jego wykrochmalona biała koszula była nieskazitelna. Zmrużył oczy. – Mamy pełne obłożenie.
– Potrzebuję tylko trochę wody – powiedział cicho Tomasz. – Może miejsce na kilka minut.
Kajetan wyszedł zza pulpitu. – To jest lokalu z wyższej półki. Nie rozdajemy tutaj… jałmużny.
– Nie proszę o jałmużnę. – Głos Tomasza pozostawał spokojny. – Twój dziadek mówił mi, że zawsze będę tu mile widziany.
– Mój dziadek nie żyje. – Kajetan skrzyżował ręce na piersi. – A to ja teraz tutaj rządzę.
Kobieta przy stoliku numer sześć spojrzała w ich stronę. Potem kolejna. Gwar tła zaczął cichnąć.
– Proszę. – Tomasz zdjął swoją wyblakłą ciesielską czapkę. – Tylko wody. Mogę poczekać przy drzwiach.
Szczęka Kajetana zacisnęła się. Chwycił Tomasza za ramię. – Niepokoisz moich gości. Wynoś się. Natychmiast.
– Nie ja…
– WYNOŚ SIĘ! – Kajetan pchnął go w stronę wyjścia.
Tomasz zachwiał się, łapiąc równowagę o pionową belkę. Jego dłoń przywarła do drewna – tego samego drewna świerkowego, które obrabiał i rzeźbił trzydzieści lat temu. Jego charakterystyczne ślady dłuta były wciąż widoczne w słojach.
Blogerka kulinarna przy stoliku dwanaście nie przestawała nagrywać. Jej telefon uchwycił wszystko.
Kajetan pchnął ponownie, mocniej. – Mówiłem, WYNOŚ SIĘ, ty menelu!
– Wystarczy! – Kobieta po siedemdziesiątce poderwała się, odsuwając głośno krzesło. – Czy ty w OGÓLE wiesz, kim jest ten mężczyzna?
Kajetan zastygł, wciąż trzymając dłoń na ramieniu Tomasza. – To jakiś bezdomny, który próbuje…
– To Tomasz Borkowski. – Jej głos przeciął powietrze w sali jak brzytwa. – On WYBUŁOWAŁ ten budynek. Własnymi rękami. W 1993 roku.
W restauracji zapadła martwa cisza.
– To niemożliwe – powiedział Kajetan. Ale jego chwyt nieco zelżał.
Mężczyzna w garniturze wstał jako następny. – Ona ma rację. Byłem w ekipie budowlanej. Tomasz był głównym cieślą. Wykonał wszystkie niestandardowe prace ciesielskie.
– Belki. – Starszy pan wskazał sufit. – Te ręcznie rzeźbione belki? To robota Tomasza.
Tomasz stał wciąż przy drzwiach, czapka zaciśnięta w obu dłoniach. – Nie chcę żadnych kłopotów.
– Nie, czekaj. – Kelnerka – Maria, która pracowała tu od piętnastu lat – zniknęła w zapleczu biurowym.
Twarz Kajetana poczerwieniała. – Nawet jeśli to prawda, ja nie wiedziałem…
– Powinieneś był wiedzieć. – Starsza pani podeszła bliżej. Nazywała się Dorota Nowak. Jadała tu dwa razy w tygodniu od dnia otwarcia. – Twój dziadek i Tomasz byli przyjaciółmi. Najlepszymi przyjaciółmi.
Maria wypadła z powrotem, trzymając w rękach oprawione zdjęcie. Wepchnęła je Kajetanowi. – Patrz.
Na fotografii dwóch mężczyzn w dniu otwarcia: młodsza wersja dziadka Kajetana z ramieniem przerzuconym przez ramię młodego Tomasza. Obaj szeroko się uśmiechali, obaj mieli na sobie ciesielskie fartuchy. Na dole odręczny napis: „Dla Tomasza – Mój bracie w rzemiośle i duchu. Twoje jedzenie jest tu zawsze darmowe. – Stanisław Dąbrowski, 1993”
Dłoń Kajetana zadrżała, gdy brał ramkę. – Nigdy… Dziadek nigdy mi nie powiedział…
– Bo nigdy nie zapytałeś. – Głos Marii był zimny. – Odziedziczyłeś to miejsce i zmieniłeś wszystko. Personel, menu, ceny. Nigdy nie zapytałeś o jego historię.
Tomasz odwrócił się w stronę drzwi. – Powinienem już iść.
– Nie. – Głos Doroty zabrzmiał donośnie. – To Kajetan powinien iść.
Dwadzieścia więcej osób powstało. Potem trzydzieści. Potem czterdzieści.
Pojawiły się telefony. Kamery nagrywały.
Twarz Kajetana stała się biała. – Proszę, wszyscy, to nieporozumienie…
– Nie ma tu żadnego nieporozumienia. – Właściciel firmy remontowej w poplamionej farbą koszuli wskazał żeliwne elementy wzdłuż baru. – Tomasz wykonał te poręcze. Widziałem, jak je kuł. Zajęło mu to trzy tygodnie.
Kolejny głos: – Zbudował pergolę na tarasie.
– Ozdobne obramowania okien.
– Właśnie te frontowe drzwi na zamówienie.
Oczy Tomasza zabłysły wilgocią. Zapomniał, jak wiele z siebie dał temu miejscu.
– Służyłem w wojsku – powiedział cicho Tomasz. – Wróciłem, nauczyłem się ciesielki od ojca. Twój dziadek zatrudnił mnie do tej pracy, gdy przeżywałem ciężkie chwile. Dał mi cel.
Gardło Kajetana przełknęło ślinę. – Co… co się z panem stało?
– Zespół stresu pourazowego. – Tomasz spotkał jego wzrok. – Pogorszyło się kilka lat temu. Straciłem mieszkanie. Świadczenia dla kombatantów utknęły w biurokratycznych trybach. Czekam już osiem miesięcy. – Spojrzał na podłogę. – Twój dziadek pozwalał mi tu jadać, gdy było ciężko. Nigdy nie kazał mi czuć się małym. Nigdy nie kazał mi prosić.
– To wiraluje – powiedziała blogerka kulinarna, wciąż nagrywając. – Już dwieście tysięcy wyświetleń.
Telefon Kajetana zawibrował. Potem znowu. I znowu.
Maria wyjęła swój telefon, pokazała mu. Nagranie było wszędzie. Komentarze zalewały strony:
„Właściciel restauracji atakuje weterana – obrzydliwe”
„Ten człowiek wybudował to miejsce, a został wyrzucony”
„Bojkot Złotej Podkowy”
Twarz Kajetana załamała się. – Nie wiedziałem. Przysięgam, że nie wiedziałem…
– Ignorancja nie jest usprawiedliwieniem. – Dorota już nakładała płaszcz. – Byłam lojalną klientką przez trzydzieści lat. Już nie.
Inni poszli w jej śladyOdtąd każdego wieczora, gdy ostatni goście opuszczali lokal, Tomasz zostawał na chwilę sam, kładąc dłoń na swoim ulubionym, rzeźbionym filarze, i czuł, jak ciężar minionych lat wreszcie opuszcza jego ramiona.



