Z oddziału położniczego zniknęło dziecko mojej zmarłej siostry5 min czytania.

Dzielić

Sześciu motocyklistów wyszło z oddziału położniczego z noworodkiem mojej zmarłej siostry, a pielęgniarka po prostu im na to pozwoliła.

Patrzyłam na nagranie z monitoringu, jak ci ogromni mężczyźni w skórzanych kamizelkach wynosili mojego siostrzeńca przez szpitalne drzwi, jakby należał do nich. Jakby mieli do niego pełne prawo.

Moja siostra Kasia zmarła podczas porodu czterdzieści siedem minut wcześniej. Krwotok. Lekarze nie zdołali zatrzymać krwawienia. Miała dwadzieścia trzy lata i wykrwawiła się na stole porodowym, podczas gdy jej dziecko wrzeszczało, nabierając pierwszego oddechu.

Byłam w poczekalni, gdy mi powiedzieli, że jej nie ma. Wciąż nie mogłam tego pojąć. Wciąż łapałam powietrze. Wciąż próbowałam zrozumieć, jak moja młodsza siostra może nie żyć.

Wtedy wpadła główna pielęgniarka. „Proszę pani, czy zna pani tych mężczyzn, którzy właśnie zabrali dziecko?”

„Jakich mężczyzn? O czym pani mówi?”

Pokazała mi nagranie z monitoringu na tablecie. Sześciu motocyklistów. Skórzane kamizelki. Długie brody. Wychodzą z oddziału położniczego z moim nowo narodzonym siostrzeńcem. Ten na przedzie trzymał dziecko przy piersi, jak coś najcenniejszego.

„Proszę wezwać policję!” — krzyknęłam. — „Porwali go! Ci ludzie porwali dziecko mojej siostry!”

Ale pielęgniarka złapała mnie za ramię. „Proszę pani, niech pani zaczeka. Mieli dokumenty. Mieli umowę notarialną. Twierdzili, że są prawnymi opiekunami.”

„To niemożliwe! Jestem jedyną rodziną Kasi! To ja powinnam się nim zająć! Kim są ci ludzie?”

Pielęgniarka wyglądała na zakłopotaną. „Mówili, że twoja siostra załatwiła to pół roku temu. Mieli notarialną umowę opieki. Mieli jej podpis.”

Zrobiło mi się słabo. Kasia nigdy nie wspominała o motocyklistach. Nigdy nie mówiła o żadnej umowie. Zawsze twierdziła, że to ja zajmę się jej dzieckiem, jeśli coś się jej stanie. Rozmawiałyśmy o tym dziesiątki razy.

„To musi być pomyłka” — szepnęłam. — „Albo podrobili dokumenty. Kasia nigdy nie oddałaby dziecka obcym. Motocyklistom.”

Pielęgniarka podała mi zamkniętą kopertę. „Zostawili to dla pani. Mówili, że napisała to twoja siostra. Że to wszystko wyjaśni.”

Drżącymi rękami wzięłam kopertę. Na przodzie było pismo Kasi. Moje imię. „Agata”. Tylko moje imię, jej charakterystycznym, pochyłym pismem.

Rozerwałam kopertę.

*Droga Agatko,*

*Jeśli to czytasz, mnie już nie ma. Tak mi przykro. Wiedziałam, że istnieje ryzyko, że nie przeżyję porodu. Lekarze ostrzegali mnie o mojej chorobie serca. Nie mówiłam ci, bo nie chciałam, żebyś się martwiła.*

*Muszę ci powiedzieć coś, co powinnam była powiedzieć lata temu. Coś o ojcu dziecka…*

List brzmiał dalej:

*Ojcem dziecka jest Marek Kowalski. Nigdy go nie poznałaś. Nikomu o nim nie mówiłam, bo było mi wstyd. Nie przez niego — przez to, jak się poznaliśmy.*

*Trzy lata temu, gdy byłam bezdomna i mieszkałam pod mostem na ulicy Słonecznej, Marek mnie znalazł. Był motocyklistą. Należał do klubu „Żelazni Strażnicy”. Przynosił mi jedzenie. Przynosił mi koce. W końcu zabrał mnie do schroniska klubu dla bezdomnych kobiet.*

*Oni uratowali mi życie, Agatko. Gdy byłam na dnie, gdy brałam narkotyki i sprzedawałam się, żeby przeżyć, „Żelazni Strażnicy” przyjęli mnie pod swój dach. Pomogli mi wyjść z nałogu. Zapłacili za terapię. Pomogli mi zdać maturę. Znaleźli mi pierwszą prawdziwą pracę.*

*Marek i ja pokochaliśmy się podczas mojej terapii. Był dwadzieścia lat starszy, ale był najłagodniejszym człowiekiem, jakiego znałam. Nigdy mnie nie osądzał. Nigdy nie sprawiał, że czułam się zepsuta.*

*Zginął w wypadku motocyklowym osiem miesięcy temu. Dwa tygodnie po tym, jak dowiedziałam się, że jestem w ciąży.*

Drżały mi ręce tak bardzo, że ledwo trzymałam kartkę. Kasia była bezdomna? Brala narkotyki? Nie wiedziałam. Mieszkałam trzy województwa dalej, budowałam karierę, dzwoniłam do niej może raz w miesiącu.

Czytałam dalej.

*„Żelazni Strażnicy” byli rodziną Marka. Jego braćmi. Opiekowali się mną od jego śmierci. Płacili za czynsz. Kupowali rzeczy dla dziecka. Chodzili ze mną na każdą wizytę u lekarza.*

*Wiedzieli o mojej chorobie serca. Wiedzieli, że mogę nie przeżyć porodu. I dali mi słowo. Jeśli coś mi się stanie, oni wychowają moje dziecko. Dziecko Marka. Wychowają je w klubie, otoczone mężczyznami, którzy kochali jego ojca.*

*Agatko, wiem, że jest ci ciężko. Wiem, że nie rozumiesz. Wiem, że myślałaś, że to ty go wychowasz. Ale ty masz swoje życie. Swoją karierę. Mieszkanie, w którym nie wolno trzymać dzieci. Nigdy nie chciałaś dzieci.*

*Oni chcą. Oni na niego czekają. Już zbudowali pokoik dziecinny w klubie. Kupili łóżeczko, zabawki i małe skórzane kurtki.*

*Mój syn będzie dorastał, wiedząc, że jego ojciec był bohaterem. Że jest częścią braterstwa, które chroni słabych. Że kocha go sześćdziesięciu wujków, którzy oddaliby za niego życie.*

*Proszę, nie walcz z tym. Proszę, nie odbieraj mu jedynej rodziny, jaką miał Marek. Obiecali, że będą go kochać. Obiecali, że opowiedzą mu o jego tacie. Obiecali, że wychowają go porządnie.*

*Nazwałam go Marek Junior. Po ojcu. Mężczyźnie, który uratował mi życie i dał mi jedyną prawdziwą miłość, jaką znałam.*

*Kocham cię, Agatko. Przepraszam, że ukrywałam prawdę. Przepraszam, że nie byłam szczera. Ale tego właśnie chcę. To jest najlepsze dla mojego dziecka.*

*Pozwól mu odejść. Pozwól mu być Strażnikiem.*

*Zawsze Twoja siostra, Kasia*

Przeczytałam list trzy razy. Za każdym razem słowa ciąły głębiej.

Moja siostra była bezdomna. Była uzależniona. Sprzedawała się, żeby przeżyć. A ja nie wiedziałam. Nie byłam przy niej. Nie pomogłam.

Klub motocyklowy zrobiI wtedy zrozumiałam, że rodzina to nie tylko więzy krwi, ale ludzie, którzy wyciągają do ciebie rękę, gdy jesteś na dnie.

Leave a Comment