Kazimierz Rakowski, były komandos GROM, myślał, że widział już wszystko. Przeprowadził się do zapadłej wsi Wądoły, by zapomnieć o wojnie, nie by zaczynać nową. Lecz w mroźny wtorkowy poranek, pośród leniwego nurtu ruchu na krajowej szóstce, wojna odnalazła go. Siedziała na betonowym pasie zieleni, centymetry od pędzących tirów. Owczarek niemiecki, zaniedbany i wygłodzony. Nie szczekała. Nie uciekała.
Siedziała na tylnych łapach, przednie złożone w desperackim, drżącym geście modlitwy. Obok leżała brudna styropianowa lodówka.
Instynkt Kazimierza krzyczał „nie zatrzymuj się”. Ale spojrzenie w jej bursztynowych oczach nie wyrażało strachu. To było spojrzenie żołnierza, który strzeże ostatniej linii obrony.
Zjechał na pobocze. Otworzył lodówkę. W środku były trzy maleńkie, zmarznięte szczenięta. Gdy jednak suka wskoczyła do jego suzuki, nie zwinęła się, by zasnąć. Siedziała wyprostowana, obserwując drogę, wypatrując niebezpieczeństwa, o którym wiedziała, że im towarzyszy.
Kazimierz myślał, że po prostu ratuje psa. Nie wiedział, że pojedyncza zardzewiała litera na jej obroży jest kluczem do mrocznej tajemnicy, w którą zamieszana jest bezbronna staruszka, bezwzględny deweloper i zbrodnia, o której całe miasteczko bało się mówić.
Aż do teraz…
Kazimierz przejechał obok niej.
Wtedy to zobaczył.
W lusterku wstecznym – te same łapy złożone razem, drżące podmuchami mijających ciężarówek.
Nie błagające.
Gotujące się na uderzenie.
Wdepnął hamulec.
Opony zawyły. Za nim zatrąbił jakiś klakson. Nie obchodziło go to.
Cofał się wzdłuż pobocza, z sercem waliącym w rytmie, którego nie czuł od czasu misji w Afganistanie.
Suka nie drgnęła.
Nie cofnęła się.
Po prostu na niego patrzyła.
Kazimierz wysiadł powoli, z otwartymi dłońmi. „Spokojnie, dziewczynko…”
Z bliska mógł zobaczyć, że jej stan był gorszy, niż sądził. Żebra jak szczebelki drabiny. Zaschnięta krew w sierści. Jedno ucho rozdarte.
A na jej szyi –
Popękana skórzana obroża z pojedynczą zardzewiałą blaszką.
Nie imię.
Tylko jedna wygrawerowana litera:
M
Ukucnął przy lodówce.
Trzy szczenięta w środku. Ledwo żywe. Ich maleńkie ciałka trzęsły się tak mocno, że styropianowe pudełko drżało.
Kazimierz zaklął pod nosem i zdjął kurtkę, owijając je nią.
Suka nie stawiała oporu, gdy je podniósł.
Ale cały czas skanowała wzrokiem drogę.
Obserwowała.
Czekała.
Na co?
Dziesięć minut później była w jego samochodzie.
Nagrzewnica lała ciepłym powietrzem. Szczenięta były zawinięte w zapasową torbę sportową na fotelu pasażera.
Lecz suka siedziała wyprostowana na kanapie obok niego.
Sztywna.
Wzrok utkwiony w lusterku wstecznym.
Kazimierz też na nie spojrzał.
Czarny pickup zwolnił, gdy się zatrzymywał.
Wciąż tam był.
Trzy samochody z tyłu.
Trzymając dystans.
Jego szczęki się zacisnęły.
„Tak”, mruknął. „Też go widzę.”
Zjechał na następnym zjeździe bez kierunkowskazu.
Pickup zrobił to samo.
Teraz jego puls był stabilny.
Kontrolowany.
Operacyjny.
Skręcił w żwirową drogę serwisową wiodącą w stronę starej dzielnicy fabrycznej.
Pickup podążył za nim.
Suka wydała cichy, prawie niesłyszalny warkot.
Nie przestraszona.
Ostrzegająca.
Kazimierz uśmiechnął się lekko.
„Dobrze”, powiedział cicho. „Zobaczmy, kto kogo tu poluje.”
Dodał gazu.
Wądoły miały niegdyś tartak, który wykarmiał pół powiatu. Teraz były zardzewiałe hale i powybijane szyby – dobre miejsca na rozmowę, której nikt nie chciał nagrywać.
Kazimierz wjechał na opuszczony plac załadunkowy i zgasił silnik.
Czarny pickup wtoczył się trzydzieści sekund później.
Dwóch mężczyzn wyszło.
Jeden miał na sobie uszytą na miarę jesionkę, stanowczo zbyt drogą jak na to miasteczko. Drugi zbudowany był jak szafa z pięściami.
Deweloper.
Kazimierz rozpoznał go z ulotek w urzędzie gminy.
Dariusz Halwert.
Człowiek, który wykupował pół Wądołów pod „projekt rewitalizacji nadrzecznej”.
Ten sam projekt, który w ostatnim miesiącu zmusił trzech starszych mieszkańców do sprzedaży swoich domów.
W tym –
Pamięć Kazimierza zaskoczyła.
Staruszka mieszkająca koło krajowej szóstki.
Małgorzata Domańska.
Wszyscy nazywali ją „Malgą”.
M.
Obroża suki.
Halwert uśmiechnął się cienko. „To nasz pies.”
Kazimierz oprzył się niedbale o swój samochód. „Nie widziałem twojego nazwiska na niej.”
„Zwierzę odeszło z prywatnej posesji.”
Suka stała teraz w samochodzie, z sierścią zjeżoną na karku, z zębami ledwie widocznymi.
Uśmiech Halwerta zbladł.
„Podniosłeś coś, co do ciebie nie należy.”
Kazimierz złożył ramiona.
„Zabawne. Właśnie miałem powiedzieć to samo.”
Oczy Halwerta stwardniały. „Nie chcesz się w to mieszać.”
Kazimierz lekko przechylił głowę. „W co? W porzucenie zwierząt? W usiłowanie zabójstwa przez wychłodzenie?”
Większy mężczyzn postąpił krok do przodu.
Suka zaszczekała – ostro i głośno.
Szczenięta zajęczały.
Maska Halwerta opadła na pół sekundy.
Kazimierz to zobaczył.
Strach.
Nie przed nim.
Przed tym, co suka reprezentowała.
„Ona jest dowodem, prawda?” – powiedział cicho Kazimierz.
Halwert nie odpowiedział.
Nie musiał.
Kazimierz odsunął się od samochodu.
„Kupiłeś ziemię Małgorzaty Domańskiej za bezcen. Zasądziłeś wywłaszczenie jej domu. Twierdziłeś, że jest niezdatny do zamieszkania.”
Cisza.
„Projekt nadrzeczny wymagał przejęcia jej działki.”
Szczęka Halwerta zadrgała.
Głos Kazimierza stał się zimniejszy.
„Ale ona nie chciała sprzedać.”
Suka wydała kolejny niski warkot.
„Więc dom spłonął.”
Błysk w oczach Halwerta.
Oto i to.
„Tragiczny pożar caused by instalacja elektryczna” – powiedział Halwert równo.
Kazimierz powoli skinął głową. „A Małgorzata?”
Brak odpowiedziKazimierz otworzył kopertę, a na wierzchu leżało aktualne zdjęcie Małgorzaty Domańskiej, a na odwrocie adres bezpiecznego miejsca, gdzie się ukrywała.



