Żaden lekarz nie uleczył syna bogacza aż zajrzała do poduszek niania5 min czytania.

Dzielić

Zofia Nowak wdrapała się po majestatycznych schodach rezydencji po raz pierwszy, ciągnąc za sobą małą walizkę i mając w sercu ostrożną nadzieję. Dwudziestosześcioletnia świeżo upieczona absolwentka pielęgniarstwa pediatrycznego właśnie dostała pracę jako opiekunka małego Bartka Kowalskiego, czteroletniego syna multimilionera, biznesmena Jacka Kowalskiego, zwanego “Kowalem”.

Posiadłość była oszałamiająca: trzy piętra neoklasycystycznej architektury otoczone ogrodami tak rozległymi i wypielęgnowanymi, że przypominały botaniczny raj, z basenem tak dużym, że mógłby uchodzić za jezioro. Ale najbardziej uderzał Zofię panujący tu cisza – ciężka, niemal nienaturalna. Dom tej wielkości, z takimi zasobami, powinien tętnić życiem, śmiechem dzieci. Zamiast tego – tylko gęsta cisza i atmosfera przesiąknięta starą melancholią.

— To chyba nowa opiekunka.

W marmurowym holu rozległ się stanowczy, pełen autorytetu głos. To był Stanisław Wolski, kamerdyner rodziny od blisko dwudziestu lat, mężczyzna około pięćdziesiątki z wojskową postawą i przenikliwym spojrzeniem, które obrzuciło ją od stóp do głów.

— Jestem Stanisław. Mam nadzieję, że przeczytała pani i zapamiętała wszystkie instrukcje.
— Tak, panie Stanisławie, przeczytałam je kilka razy — odparła Zofia, przypominając sobie szczegółowy dokument, który otrzymała. Instrukcje bardziej pasowały do oddziału izolacyjnego niż do domu.

Chłopiec, Bartek, miał być rzekomo śmiertelnie chory, a jakikolwiek wysiłek fizyczny był surowo zabroniony. Leki miały być podawane z precyzją co do sekundy. Nie mógł przyjmować gości ani opuszczać rezydencji pod żadnym pozorem. I była jeszcze jedna dziwna zasada: ograniczyć rozmowy do absolutnego minimum koniecznego do opieki.

— Mały Bartek jest w swoim pokoju na trzecim piętrze, zachodnie skrzydło — oznajmił Stanisław bez śladu ciepła. — Proszę przestrzegać zasad co do joty. Każde odstępstwo zostanie zgłoszone panu Kowalskiemu, a umowa rozwiązana. Cenimy tu dyskrecję i posłuszeństwo. Będziemy mieli profesjonalne relacje, jeśli pani to zrozumie.

Zofia skinęła głową, czując ścisk w żołądku. Wspinali się po szerokich, wyłożonych dywanem schodach na trzecie piętro, z sercem tłukącym się w piersi. To była jej pierwsza poważna praca po studiach. Wybrała pielęgniarstwo pediatryczne i intensywną terapię z głęboko osobistego powodu: straciła młodszego brata, gdy była nastolatką, przez chorobę, którą lekarze zbyt późno zdiagnozowali. Wtedy przysięgła sobie, że nigdy więcej nie pozwoli, by dziecko cierpiało na jej oczach, nie robiąc wszystkiego, co możliwe.

Drzwi do pokoju Bartka były z masywnego drewna, ale ozdobione naklejkami z superbohaterami i rakietami kosmicznymi, choć wyblakłymi, jakby wisiały tam od lat bez wymiany. Zapukała delikatnie.

— Bartku, to ja, przyszłam się tobą zaopiekować.

Cisza.

Otworzyła drzwi powoli i ujrzała scenę, która złamała jej serce. W środku ogromnego pokoju, niczym w luksusowym hotelu, stało łóżko królewskie otoczone sprzętem medycznym, bardziej przypominającym szpitalną salę niż dziecięcą sypialnię.

A na środku tego łóżka, niemal zagubiony w górze poduszek, leżał chłopiec. Był drobny i nienaturalnie chudy jak na czterolatka. Bartek miał rozczochrane brązowe włosy, wielkie zielone oczy i chorobliwie bladą cerę, która ostro kontrastowała z egipską pościelą. W powietrzu unosił się zapach antyseptyku i zamknięcia.

— Cześć, Bartku. Jestem Zofia.

Chłopiec spojrzał na nią z nieufnością, która ją zaskoczyła. To nie była zwykła dziecięca nieśmiałość, ale dorosła rezygnacja.

— Ty też odejdziesz?

To pytanie, tak proste i bezpośrednie, było tak przepełnione smutkiem, że Zofia musiała przełknąć łzy.

— Dlaczego miałabym odejść?
— Wszystkie ciocie odchodzą. Tata mówi, że to dlatego, że jestem bardzo chory.

Zofia podeszła powoli, jak do wystraszonego zwierzęcia, i usiadła na krawędzi łóżka, zachowując dystans.

— Cóż, jestem dość uparta. Nie tak łatwo się mnie pozbyć. A poza tym, chcę się dowiedzieć, na co chorujesz.

Bartek, nie ruszając się z góry poduszek, wskazał małą stalową szafkę nocną.

— Na wiele chorób. Cały dzień biorę lekarstwa.

Zofia wstała i podeszła do stolika. Zamarła. To była prawdziwa apteka. Naliczyła co najmniej 20 różnych butelek: antybiotyki o szerokim spektrum, silne leki przeciwzapalne, witaminy w wysokich dawkach, syropy na kaszel, krople, plastry…

— Od dawna jesteś chory? — spytała, biorąc jedną z butelek.

Bartek próbował policzyć na palcach, ale się poddał.

— Zawsze. Mama umarła, jak się urodziłem. Tata mówi, że to dlatego, że zachorowałem w jej brzuszku.

Zofia znów pomyślała, że dziecko dźwiga winę, która do niego nie należy.

— To nie twoja wina, że mama poszła do nieba — powiedziała łagodnie, w kontraście do chłodu panującego w pokoju. — Czasem dorośli są zbyt smutni, by wyjaśnić pewne rzeczy.
— Znasz mojego tatę?
— Jeszcze nie. Ale bardzo chciałabym go poznać.

Bartek wtulił się w poduszki. Zofia je policzyła. Było ich co najmniej osiem czy dziewięć, ogromnych, wszystkie nieskazitelnie białe.

— Po co ci tyle poduszek? — spytała z profesjonalną ciekawością.
— Doktor Marek mówi, że ich potrzebuję, że muszę cały czas leżeć. Poduszki pomagają mi oddychać.

Zofia zmarszczyła brwi. Czterolatek nie powinien leżeć non stop, chyba że jest w stanie krytycznym, a Bartek, choć blady, oddychał spokojnie.

— Boli cię, gdy oddychasz?
— Czasami, zwłaszcza w nocy. I jestem zmęczony. A jak chodzę… to nie mogę dużo, bo się męczę.

Zofia obserwowała go fachowym okiem. Dziecko było wyraźnie osłabione, ale coś tu nie grało. Miała doświadczenie z pediatrycznej izby przyjęć. Widziała mukowiscydozę, ciężkie wady serca, białaczki. Bartek nie wykazywał żadnych oczywistych objawów konkretnej choroby, którą mogłaby od razu rozpoznać.

— Bartku, kiedy ostatnio bawiłeś się w ogrodzie?

Oczy chłopca na moment zabłysły, by zaraz przygasnąI w końcu, gdy słońce zachodziło za starymi dębami w ogrodzie, Zofia, Jacek i Bartek stali przytuleni na tarasie, wiedząc, że ich rodzina, zbudowana na zaufaniu i odwadze, przetrwa wszystko, co przyniesie los.

Leave a Comment