Siedemnastoletni Bartosz Nowak od dzieciństwa poruszał się po lśniących szklanych korytarzach Hotelu Nowak Plaza z tą cichą pewnością siebie, jaką daje bycie jedynakiem Augustyna Nowaka. Goście podziwiali go. Personel ustępował mu miejsca. Wychowano go tak, by sunął po marmurowych lobby i apartamentowych korytarzach, jakby cały budynek był przedłużeniem jego domu. Jednak tej chłodnej popołudniowej godziny na ulicy Marszałkowskiej wszystko, co wiedział o sobie, stanęło w miejscu. Zatrzymał się, gdy zobaczył chłopaka opartego o pochyloną znak drogowy.
Chłopak miał na sobie trzy niedobrane koszule, jedna na drugiej, pod podartym granatowym płaszczem. Jego ciemne włosy, zmierzwione i przetłuszczone od życia na ulicy, opadały w niesfornych lokach na czoło. Ale to nie to sprawiło, że Bartosz zastygł na chodniku. Twarz chłopaka była jak odbicie, którego Bartosz nie pamiętał. Te same ostre rysy, ten sam prosty nos, te same blade zielone oczy. Nawet wyraz zaskoczenia był identyczny.
Chłopak mrugnął, gdy Bartosz stał jak wryty. Wokół huczała Warszawa – klaksony, nawoływania handlarzy, warkot silników autobusów. Ale na moment miasto jakby przycichło, rozmywając się w dziwnie przedłużającej się ciszy.
— Wyglądasz jak ja — powiedział chłopak ochrypłym głosem, noszącym ślady nocy spędzanych na mrozie.
Bartosz poczuł, jak serce wali mu w piersi. — Jak się nazywasz? — Kacper. Kacper Kowalczyk.
Kowalczyk. Bartosza ukłuło w klatce piersiowej. To było nazwisko jego matki przed ślubem z Augustynem Nowakiem. Zmarła siedem lat temu, zabierając ze sobą niewypowiedziane historie. Rzadko mówiła o przeszłości. Bartosz pamiętał ją śmiejącą się, gotującą, nucącą rano. Nie pamiętał, by kiedykolwiek wspomniała o rodzinie.
— Ile masz lat? — spytał Bartosz. — Siedemnaście — odparł Kacper. Jego wzrok przemknął po dopasowanym płaszczu Bartosza, zanim wrócił na jego twarz, jakby bał się oceny. — Nie próbuję cię oszukać. To nie przekręt. Od dawna radzę sobie sam. Nie układa mi się.
Bartosz przełknął ślinę, by złagodzić suchość w gardle. Im dłużej patrzył na Kacpra, tym bardziej podobieństwo stawało się oczywiste. — Wiesz coś o swoich rodzicach?
Kacper poruszył się, poprawiając koc, na którym siedział. — Moja matka była Anna Kowalczyk. Zmarła, gdy byłem mały. Facet, z którym potem mieszkała, nie był moim ojcem. Gdy wyrzucił mnie zimą, znalazłem pudło z jej dokumentami. Był akt urodzenia. Ojciec nieznany. — Zawahał się, patrząc w górę z niepewnością. — Ale były też zdjęcia, gdzie trzymała dwoje niemowląt. Myślałem, że jedno to ja. Teraz uważam, że były to ja i… ktoś jeszcze.
Bartosza przeszedł dreszcz. On też pamiętał fotografie matki. Trzymał je w kwiatowym albumie, którego nikomu nie pozwalał dotykać. Dwoje dzieci. Jedno na rękach. Drugie w szpitalnym łóżeczku obok. Augustyn Nowak zawsze mówił Bartoszowi, że jedno z bliźniąt zmarło zaraz po narodzinach. I tyle.
Kacper kontynuował cicho. — Odnalazłem ludzi, którzy znali ją z pracy. Z kawiarni na Śródmieściu. Mówili, że przed nagłym wyjazdem była w ciąży z bliźniakami. Nie wiedzieli, co było potem.
Bartosz poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła. Ojciec nigdy nie wspominał o porzuconym bracie. Nigdy nie dał nawet cienia wątpliwości. Mówił tylko o tragedii, która wydarzyła się tak dawno, że Bartosz nie mógł jej pamiętać.
— Znasz Augustyna Nowaka? — spytał Kacper niemal szeptem. Bartoszowi zaparło dech. — To mój ojciec.
Błysk strachu i nadziei na twarzy Kacpra sprawił, że nogi Bartosza zrobiły się jak z waty. Świat jakby się przechylił, jakby miasto nagle zmieniło swoje miejsce bez pytania.
Stali tak przez długie, ciężkie sekundy. Dwóch chłopaków, którzy żyli zupełnie innymi życiotami, w przeciwnych rzeczywistościach, patrzących na siebie jak na brakujący rozdział własnej historii.
W końcu Bartosz powiedział: — Chodź ze mną.
Poprowadził Kacpra przez obrotowe drzwi Nowak Plaza. Ochraniarze milczeli, ale ich spojrzenia mówiły wszystko. Zaprowadził go do odosobnionego saloniku z pluszowymi fotelami i miękkim światłem. Kacper usiadł niepewnie na brzegu krzesła, pocierając zziębnięte dłonie. Bartosz zamówił przez pokojówkę zupę, chleb, herbatę i czysty koc. Kacper przyjął to z wahającą się wdzięcznością.
Bartosz obserwował, jak Kacper je, czując, jak w piersi zaciska mu się węzeł. — Myślę, że musimy porozmawiać z moim ojcem.
Kacper potrząsnął głową niemal gwałtownie. — Jeśli nie chciał mnie wtedy, czemu miałby chcieć teraz? Bartosz spojrzał na swoje dłonie. — Nie wiem. Ale zasługuje, żeby to usłyszeć.
Pół godziny później Augustyn Nowak wkroczył do pokoju z energią człowieka przyzwyczajonego do kontrolowania każdej sytuacji. Zamarł w miejscu na widok Kacpra. W jego oczach było coś, czego Bartosz nigdy wcześniej u niego nie widział. Nie złość. Nie irytacja. Coś bardziej kruchego. Prawie strach.
— Bartosz — powiedział Augustyn powoli. — Wytłumacz. Bartosz wskazał na Kacpra. — Mówi, że jego matką była Anna Kowalczyk.
Twarz Augustyna drgnęła, choć próbował to ukryć. — Czego chcesz? — spytał Kacpra. Kacper wyprostował się. — Prawdy.
Augustyn westchnął. Jego dłonie lekko drżały, choć splótł je mocno.
— Twoja matka i ja… znaliśmy się krótko. Powiedziała mi, że jest w ciąży. Potem zniknęła. Po latach skontaktowała się, prosząc o pomoc. Miała dwoje dzieci. Twierdziła, że oboje są moje. Mieliśmy zrobić test. Zanim do tego doszło, znów zniknęła. Gdy umarła, próbowałem znaleźć dzieci. Były tylko dokumenty adopcyjne Bartosza. Agencja twierdziła, że nie wiedzą o drugim dziecku. Myślałem, że wymyśliła to pod wpływem stresu.
Kacper skinął sztywno. — Nie kłamała. To ja wypadłem z systemu.
Bartosz czuł każde słowo jak cios. Jego życie, które dotąd wydawało się stabilne i zaplanowane, nagle stałoI gdy tak stali w świetle kryształowych żyrandoli, obaj wiedzieli, że choć przeszłości nie da się naprawić, przyszłość – tak, i właśnie tym zajmą się od teraz.



