Żart się skończył, gdy przyjechali ich koledzy4 min czytania.

Dzielić

Rozdział 1: Dźwięk metalu o kość

Było 14:14 we wtorek. Pamiętam dokładnie tę godzinę, bo właśnie grzebałem w smarach starego silnika z ’67 roku, gdy mój telefon zadrżał na stole warsztatowym. Nie dzwonił – dostałem SMS-a od nieznanego numeru.

Tylko zdjęcie.

Żołądek podskoczył mi do gardła. To była Maja. Moja młodsza siostra. Dziecko, które wychowałem, gdy rodzice zginęli w tym wypadku na trasie S8 pięć lat temu. Na zdjęciu leżała na linoleum w korytarzu Liceum im. Reymonta. Jej okulary były potłuczone, leżały metr dalej. Z czoła spływała strużka krwi – jaskrawa, niemal czerwona jak farba – od linii włosów aż po brew.

A w tle, trochę rozmazane, ale wyraźne – bluza sportowa z numerem 12. Odchodził.

Nie wycierałem rąk. Nie zamknąłem warsztatu. Po prostu złapałem kask.

Maja ma szesnaście lat. Jest cicha. Czyta stare książki sci-fi i maluje akwarelowe ptaki. Nie zaczepia ludzi. Unika dram. Dla większości w tej szkole jest niewidzialna i tak jej pasuje. Ale ten typ – Kacper Nowak – uznał, że niewidzialność to za mało. Potrzebował ofiary.

Potem dowiedziałem się, co się stało. Kacper popisywał się przed dziewczyną. Maja szła na historię rozszerzoną. Celowo uderzył ją ramieniem. Nie przez przypadek. Cały swój futbolowy ciężar wsadził w stukilogramową dziewczynę. Poleciała na bok. Głowa uderzyła w kratkę wentylacyjną przy szafce nr 304.

Dźwięk, jak mówili, był jak strzał.

Kacper się zaśmiał. „Uważaj, gdzie leziesz, dziwadło” – rzucił.

Wsiadłem na mój motocykl, przerobionego Harleya, który ryczy jak koniec świata, gdy dodam gazu. Ale jeszcze nie odpaliłem silnika. Włączyłem alarm w naszej wewnętrznej aplikacji. Ten, którego używamy tylko na „czerwony kod”.

Wiadomość była krótka: MAJA. REYMONT. POBICIE W KORYTARZU. TERAZ.

Jestem wiceprezesem Klubu Żelaznych Orłów. To nie gang. To mechanicy, weterani, ślusarze i ojcowie. To rodzina. A Maja? To nasza klubowa siostra. To ona rozdaje kanapki na świątecznych zbiórkach. To ona, gdy miała dwanaście lat, cerowała nasze kurtki.

Przekręciłem kluczyk. Silnik zawarczał. Ale gdy wyjeżdżałem z parkingu, zrozumiałem, że nie jestem sam.

Od wschodu – basowy pomruk motocykla Grubego Darka. Od zachodu – piski sportowego Janka. A za mną – grzmot, który najpierw czujesz w zębach, zanim usłyszysz go uszami.

Nie umawialiśmy się na konwój. Po prostu się stało.

Rozdział 2: Hala gimnastyczna

Liceum im. Reymonta to jedna z tych szkół, gdzie reputacja znaczy więcej niż bezpieczeństwo. Dyrektor, pan Kowalczyk, bardziej dba o ligę piłkarską niż o uczniów. Byłem u niego już dwa razy w sprawie Maji. Za każdym razem słyszałem: „Dzieci będą się drażnić”.

Ale nie dziś, Kowalczyk. Nie dziś.

Dojazd do szkoły zwykle zajmuje dwadzieścia minut. Zrobiliśmy to w dziewięć.

Piękno (i groza) trzystu motocykli jadących w szyku polega na tym, że zajmują całą drogę. Samochody zjeżdżały na bok. Przechodnie stawali i gapili się, nagrywając nas telefonami – rzekę chromu i skóry zalewającą główną ulicę. Przejechaliśmy na dwóch czerwonych. Miałem to gdzieś.

Podjechaliśmy pod główne wejście właśnie gdy dzwonek wzywał na apel. Drużyna piłkarska miała być fetowana na hali.

Wyłączyłem silnik. Na sekundę zapadła cisza, aż przerwał ją bezładny ciąg gaszonych motorów. Cisza, która nastała potem, była gęstsza niż warkot.

„Zostańcie przy maszynach” – powiedziałem do nowych. „Reszta – ze mną”.

Pięćdziesięciu z nas ruszyło w stronę szklanych drzwi. Ja na przodzie. Gruby Darek, który ma dwa metry i wygląda jak wiking, który zjadł innego wikinga, szedł po mojej prawej.

Ochroniarz, emerytowany policjant znaW drzwiach stał już strażnik, emerytowany gliniarz Miller, który spojrzał najpierw na mnie, potem na wściekłość w moich oczach, a na końcu na pięćdziesięciu facetów za mną, po czym tylko westchnął i odsunął się, mówiąc cicho: “Maja jest u pielęgniarki, ale Kacper – ten na hali.”

Leave a Comment