Tuż przed południem promienie słońca wpadały przez szklane dachowe okna Ośrodka Rehabilitacyjnego im. Józefa Piłsudskiego w Zakopanem. Prywatny dziedziniec bardziej przypominał elegancki ogród niż placówkę medyczną. Lniane obrusy kołysały się lekko w gorącym powietrzu. Dzbanki z importowaną wodą gazowaną migotały obok nietkniętych szklanek. W powietrzu unosiły się nuty jałowca i róż, starannie dobrane aromaty mające maskować ból i upływ czasu.
Na środku dziedzińca w fotelu na kółkach, wartym więcej niż większość domów, siedział Adam Nowak, czterdziestolatek o sztywniejącej w bezruchu postawie, w której czaiła się stłumiona wściekłość. Dwa lata wcześniej był twarzą Nowak-Budowy, bezwzględnego koncernu budowlanego, który połykał konkurencję. Teraz jego bezwładne nogi przypominały mu nieustannie o wypadku w górach, gdzie runął ze skalnej ściany, łamiąc kręgosłup — i swoje ego.
Otaczali go czterej zamożni przyjaciele: Krzysztof Wiśniewski, Tomasz Kowalczyk, Marek Zieliński i Jan Dąbrowski. Ich śmiech odbijał się echem po dziedzińcu, lekki i ostry jak kamienie wrzucone w głęboką wodę bez troski o to, co może pójść na dno.
Krzysztof uniósł kieliszek w udawanym toastzie. — Za Adama, niezwyciężonego cesarza — powiedział, śmiejąc się jak szampan. — Nawet grawitacja nie zdołała go pokonać.
Adam uśmiechnął się powściągliwie. Opanował sztukę noszenia czaru jako tarczy. — Wolę „cesarza tymczasowo utrudzonego” — odparł, poruszając się lekko, gdy wózek wydał cichy mechaniczny dźwięk.
Na skraju dziedzińca dziesięcioletnia dziewczynka ścierała deszczową wodę z ławki zniszczoną szmatą, która wchłaniała więcej brudu niż wody. Jej dżinsy kończyły się nad kostkami. Trampki były pozlepiane taśmą. Ciemne, splątane włosy spływały jej po plecach. Nazywała się Zosia Kowalska. Obok jej matka, Anna Kowalska, pchała wózek ze środkami czystości, szorując kamienne płytki, aż jej palce pękały i krwawiły.
Krzysztof spojrzał na dziewczynkę z lekką ciekawością. — Adam — rzekł, skinąwszy głową w jej stronę. — To ta „cudowna dziewczynka”, o której mówił personel? Ta, która wygląda, jakby znała wszystkie nasze sekrety?
Tomasz zaśmiał się. — Pewnie liczy zera na naszych kontach. Biedne dziecko.
Anna spuściła wzrok. — Ona tylko mi pomaga. Proszę jej nie przeszkadzać.
Adam przyglądał się Zosi, zauważając niepokojącą jasność w jej spojrzeniu. Obserwowała świat, jakby układała niewidzialną dla innych układankę. Jego głos stał się spokojny, ale stanowczy.
— Zosiu. Chodź tu.
Anna zesztywniała. — Panie Nowak, proszę. Ona nie chce żadnych problemów.
— Nie pytałem, czy chce problemów — odparł Adam chłodno. — Powiedziałem, żeby tu podeszła.
Zosia podeszła, trzęsąc się w dłoniach ze szmatą. Gdy stanęła przed nim, Adam wyjął czek z wewnętrznej kieszeni marynarki, wypisał sumę i uniósł kartkę między palcami.
— Sto tysięcy złotych — powiedział. — Twoje, jeśli udowodnisz, że się mylę.
Marek uniósł brew. — I co niby ma zrobić? Nauczyć twój wózek latać?
Adam pochylił się lekko. Na dziedzińcu zapanowała cisza.
— Spraw, żebym wstał — powiedział.
W grupie przebiegł szok. Krzysztof parsknął śmiechem, Tomasz zawył przesadnie, a nawet Jan pozwolił sobie na pobłażliwy uśmieszek.
Anna wykrztusiła: — Proszę pana, ona tego nie potrafi. Nie jesteśmy oszustami. Sprzątamy. Nie czynimy cudów.
Zosia odezwała się, zanim ktokolwiek zdążył ją powstrzymać. — Cuda to tylko rzeczy, do których nauka jeszcze nie dotarła.
Nagle zapadła cisza. Adam wpatrywał się w nią. — Rozumiesz w ogóle, co mówisz?
— Tak — odpowiedziała spokojnie Zosia. — Rozumiem wszystko, czego boisz się poczuć. Chcesz wyzdrowieć, ale chcieć to nie to samo co próbować.
Krzysztof prychnął. — Niesamowite. Filozofka w podartych butach.
Adam machnął ręką. — Powiedz mi, Zosiu. Dlaczego miałbym uwierzyć, że ty — dziecko — naprawisz to, czego nie potrafili najlepsi chirurdzy w kraju?
Zosia spojrzała na jego nogi. — Bo ty wierzysz, że oni potrafią. I wierzysz, że pieniądze potrafią. Ale nie wierzysz, że zasługujesz, by wyzdrowieć. Dlatego nic nie działa.
Coś głęboko w Adamie się wzdrygnęło. Szczęka mu się zacisnęła. Mocniej ścisnął czek.
— Kto ci to powiedział? — zapytał cicho.
Zosia uniosła brodę. — Nikt mi nie musiał mówić. Czuję to. Ból zostawia echa. Wina zostawia głębsze blizny niż operacja.
Anna ścisnęła ramię córki. — Dość. Wychodzimy. Nie pozwolę, byś została ukarana za mówienie prawdy.
Po raz pierwszy głos Adama zmiękł. — Zaczekaj.
Jego wzrok pobiegł za Zosię, w stronę gór na horyzoncie. Powróciły wspomnienia — trzask kości, wycie wiatru. Pospieszna kontrola asekuracji. Zerwanie liny. Michał Wiśniewski spadający w przepaść. Adam opłacił wdowę hojnie, ale żadne pieniądze nie mogły wymazać tego obrazu z jego pamięci.
Przełknął ślinę. — Jeśli mnie okłamujesz, konsekwencje będą poważne. Jeśli nie, moje życie zmieni się na zawsze.
Zosia skinęła raz. — Więc już dokonałeś wyboru.
Następnego dnia o świcie w sterylnej sali terapeutycznej rozbrzmiały rytmiczne sygnały monitorów. Dr Maria Kowalczyk, najbardziej sceptyczna neurolog w ośrodku, poprawiła okulary.
— To nieautoryzowane — ostrzegła. — Jeśli coś pójdzie nie tak, stracę licencję.
— Tak jak moja przyszłość — odparł Adam.
Anna ścisnęła dłoń Zosi. — Możemy przestać.
Zosia podeszła do przodu. — Jestem gotowa.
Adam obserwował, jak się zbliża. Położyła dłonie u podstawy jego kręgosłupa, jej palce śledziły niewidoczne ścieżki. W pokoju zrobiło się nienaturalnie cicho. Nawet maszyny zdJeszcze zanim Adam zdążył westchnąć, w jego nogach pojawiło się uczucie, którego nie doświadczył od dwóch lat — ciepło życia, powracające jak wiosenna rzeka po długiej zimie.



