Część 1: Fasadą zmęczenia
Walczyłam z zamkiem mojej granatowej, jedwabnej sukni – tej samej, która niegdyś ślizgała się po mojej skórze niczym woda, a teraz przypominała raczej duszącą klatkę. Mimo że był to rozmiar większy niż zwykle, materiał wciąż napinał się na mojej leczącej się bliznie po cesarskim cięciu, uporczywy ból stanowił bolesne przypomnienie, że moje ciało zostało chirurgicznie otwarte zaledwie cztery miesiące temu.
W łóżeczku przy oknie moje bliźnięta, Kacper i Zosia, zaczęły zawodzić. Była to nieharmonijna symfonia niepokoju – ostre, natarczywe płacze Kacpra kłóciły się z cichszym, rytmicznym kwileniem Zosi. Były głodne, a może po prostu wyczerpane. Albo może, na tę niewytłumaczalną modłę niemowląt, po prostu wyczuwały ciśnienie w pokoju, które wydawało się gęste i duszne, niczym powietrze tuż przed letnią burzą.
Marcin stał przed wysokim lustrem, starannie zapinając swoje onyksowe spinki. Był uosobieniem korporacyjnego sukcesu: trzydzieści cztery lata, szczęka tak ostra, że mogłaby być bronią, ubrana w smoking droższy niż mój pierwszy samochód. Dostrzegł moje odbicie w szybie, a jego górna warga drgnęła w grymasie czystej, skupionej pogardy.
„Naprawdę planujesz to założyć?” – zapytał, nie zadając sobie trudu, by się odwrócić.
Zastygłam, moje palce drżały przy metalowych zębach zamka. „To jedyna wieczorowa sukienka, która teraz na mnie pasuje, Marcin. I nawet tak, to walka.”
Wtedy się odwrócił, a jego wzrok obślizgnął mnie z klinicznym chłodem. Jego oczy nie szukały mojej twarzy, ani nie dostrzegały głębokich cieni pod oczami, których warstwy korektora nie były w stanie zamaskować. Zamiast tego, skupiły się na mojej talii. Spoczęły na miękkości moich ramion i na tym, jak jedwób uparcie przylegał do moich poszpitalnych bioder.
„Wygląda jak namiot” – prychnął, a jego głosiskapał się irytacją. „Nie możesz włożyć modelującej bielizny? Gorsetu? Cały Zarząd będzie obecny. Inwestorzy też. Potrzebuję, żebyś promowała wizerunek żony prezesa, Zuzanno. Nie krowy mlecznej.”
Obraża uderzyła z siłą ciosu. Spojrzałam na swoje drżące dłonie, powstrzymując gorące żądło łez. „Urodziłam cztery miesiące temu, Marcin. Dwa ludzkie istnienia. Moje ciało wciąż jest w trakcie ogromnej rekonwalescencji.”
„Wszyscy mają dzieci, Zuzanno” – westchnął, uwalniając obłok drogiej, drzewnej wody kolońskiej, która zdawała się pokrywać cały pokój. „Nie wszyscy decydują się tak sobie odpuścić. Spójrz na Kingę z Marketingu. Urodziła w zeszłym roku i już wróciła do biegania maratonów.”
„Kinga ma nocną nianię na stałe i dedykowanego trenera personalnego” – wyszeptałam. „Ja mam… siebie.”
„Wymówki” – mruknął Marcin, sprawdzając swoją vintage’ową Patek Philippe – prezent, który kupiłam mu na naszą piątą rocznicę. „Po prostu… postaraj się trzymać z tyłu dziś wieczorem. Nie kręć się przy mnie, kiedy zwracam się do prasy. Nie chcę, żeby ‘Tajemniczy Właściciel’ rzucił na ciebie okiem i zakwestionował mój osąd. Estetyka jest wszystkim, Zuzanno. Percepcja to jedyna rzeczywistość, jaka się liczy.”
Wpatrywałam się w niego, gdy nagła, lodowata jasność przepłynęła przez moje żyły. Mówił o „Tajemniczym Właścicielu” Dynamiki Vertex z głęboką mieszaniną przerażenia i podziwu. Nigdy tak naprawdę tej osoby nie spotkał. Wiedział tylko, że jest to nieuchwytny większościowy udziałowiec, który wybrał go na stanowisko prezesa dwa lata temu.
Spędzał każdą przebudzoną chwilę swojego życia, próbując olśnić tego widma. Kształtował swoje media społecznościowe, swoje przemowy i swoją garderobę, wszystko dla jednego widza.
Gdybyś tylko wiedział, pomyślałam, obserwując, jak się pieści. Tajemniczy Właściciel to ta sama osoba, która zmienia pieluchy, których ty nie chcesz dotknąć. Tajemniczy Właściciel to kobieta, której ciało właśnie porównałeś do „namiotu”.
Odziedziczyłam Dynamikę Vertex po ojcu siedem lat temu. Zachowałam swoje właścicielstwo w ścisłej tajemnicy, ukryte za złożoną siecią funduszy powierniczych i spółek typu shell, ponieważ pragnęłam cichego, autentycznego życia. Chciałam być kochana za to, kim jestem, nie za miliardy powiązane z moim podpisem. Kiedy poznałam Marcina, był głodnym, ambitnym młodym menedżerem. Pomyliłam jego głód z pasją. Nie zrozumiałam, że był po prostu drapieżnikiem szukającym posiłku.
Awansowałam go z cienia. Wręczyłam mu klucze do imperium, wyobrażając sobie, że zbudujemy razem spuściznę. Zamiast tego, zamknął mnie przed salą tronową i narzekał, że nie jestem wystarczająco dekoracyjna, by stać u jego boku.
„Limo jest na dole” – oznajmił Marcin, chwytając swój telefon. „Nie każ mi czekać. I zrób coś z…” – machnął niejasno w kierunku mojej twarzy z wyrazem obrzydzenia. „Wyglądasz na wykończoną. Przy tobie można się zdeprymować.”
Wyszedł, drzwi zatrzasnęły się za nim bez jednego spojrzenia wstecz.
Stałam tam przez dłuższą chwilę, płacz moich dzieci wypełniając pustkę, którą pozostawił. Wzięłam Kacperka na ręce, przytulając go do piersi i kołysząc.
„W porządku” – szepnęłam do dziecka, całując mięciutki puszek jego główki. „Tatuś nie chciał tak. Tatuś jest po prostu… zagubiony.”
Ale nie był zagubiony. Był okrutny. I w przeciwieństwie do wyczerpania, okrucieństwa nie da się naprawić dobrą nocą snu.
Odłożyłam Kacperka z powrotem do łóżeczka i sięgnęłam po telefon. Wysłałam jeden sms do pana Nowaka, Przewodniczącego Zarządu i jedynej osoby w firmie, która znała prawdę o mojej tożsamości.
Czy pakiet odpraw przy zwolnieniu kierowniczym jest gotowy do natychmiastowego wykonania?
Pulsujące kropki pojawiły się natychmiast.
Gotowy na Pani rozkaz, Proszę Pani. Tylko powiedzieć słowo.
Wsunęłam telefon do clutch. Wygładziłam materiał mojego „namiotu”. Podążyłam za mężem w kierunku jego upadku.
Część 2:Podążyłam za nim, by na własne oczy zobaczyć, jak jego iluzja chwały rozpada się na kawałki na zimnym, warszawskim bruku.



