Nieświadomy, że ojciec jego ciężarnej żony jest właścicielem sądu, mężczyzna stoi obok swojej kochanki i śmieje się—naprawdę się śmieje—gdy ta kopie jego żonę w brzuch z taką siłą, że kobieta osuwa się na podłogę, chwytając się za podbrzusze i błagając nienarodzone jeszcze dziecko, by zostało przy życiu. Kochanka, w obcisłej czerwonej sukience i diamentowych kolczykach, kopie ponownie, jeszcze mocniej, wrzeszcząc, że ciężarna żona na to zasługuje.
Mąż, ten sam mężczyzna, który niegdyś obiecywał miłość na wieczność, wyciąga telefon i filmuje swoją żonę, która krwawi na marmurowej podłodze, jej dłonie rozpaczliwie przyciskają się do nabrzmiałego brzucha, w którym ich dziecko przestało się poruszać. Lecz czego kochanka nie wie, czego mąż nie dostrzega przez swą pychę, to że sędzia siedzący dziesięć stóp dalej, obserwujący, jak jego ciężarna córka czołga się w kierunku ławy świadków, zostawiając za sobą smugi krwi, to jej ojciec—mężczyzna, który włada tym sądem, każdym prawnikiem w nim i każdym dowodem, który próbowali ukryć. Ojciec ciężarnej kobiety, ze zaciśniętymi szczękami i drżącym w dłoni młotkiem sędziowskim, nie widział córki od czasu, gdy miała sześć lat. Lecz teraz, patrząc, jak życie jego córki wylewa się na podłogę sali sądowej, podczas gdy jej mąż się śmieje, coś starożytnego i niepowstrzymanego budzi się w nim.
To, co dzieje się później, sprawia, że kochanka krzyczy o przebaczenie, którego nigdy nie otrzyma, a mąż błaga o litość u jedynego człowieka na świecie, który nie ma już jej w sobie. Jak jednak ojciec ciężarnej kobiety, który stracił córkę dwie dekady temu, znalazł się właśnie w tej sali sądowej, gdzie jego własne dziecko jest zabijane? I jaka tajemnica dotycząca nienarodzonego dziecka sprawia, że zemsta ojca jest jeszcze straszniejsza, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać?
Trzy godziny wcześniej poranek rozpoczął się od innego rodzaju przemocy. Zofia Kowalska, w siódmym miesiącu ciąży i wyczerpana, stała w kuchni rezydencji, którą niegdyś uważała za swój dom, patrząc, jak jej mąż Marek pakuje walizkę. Nie na podróż służbową. Dla niej. Powiedział, że ma czas do południa, by się wynieść. Jego kochanka, Weronika, wprowadza się jeszcze dziś. Dłonie Zofii drżały, gdy zacisnęła palce na blacie. Spytała go o ich dziecko, o córeczkę, którą nosiła w sobie, a którą obiecywał kochać. Marek nawet nie podniósł wzroku znad telefonu. Odpowiedział, że Weronika też jest w ciąży, i że to dziecko jest dla niego ważniejsze. Powiedział, że Zofia stała się nudna, słaba i bezużyteczna.
Dodał, że jego prawnicy już przygotowali papiery rozwodowe i że będzie miała szczęście, jeśli dostanie nadzorowane odwiedziny raz w miesiącu. Zofia poczuła, jak uginają się pod nią kolana, ale nie zapłakała. Jeszcze nie. Płakała już każdej nocy przez ostatnie trzy miesiące, od kiedy odkryła zdradę. Płakała, gdy Marek wracał do domu pachnący perfumami Weroniki. Płakała, gdy przestał dotykać jej brzucha, by poczuć kopniaki ich córeczki. Płakała, gdy kazał jej spać w pokoju gościnnym, ponieważ jej ciążowa sylwetka go odrzucała. Lecz tego ranka, stojąc w kuchni, w której niegdyś piekła mu urodzinowe torty i całowała go w świąteczne poranki, Zofia postanowiła, że nie odejdzie w ciszy.
Powiedziała Markowi, że wystąpi o pełną opiekę, alimenty i połowę wszystkiego, co zbudował w czasie ich małżeństwa. Wtedy jego twarz się zmieniła. Maska obojętności pękła, a pod nią ukazało się coś zimnego i gadziego. Zbliżył się do niej tak blisko, że czuła kawę na jego oddechu, i szepnął, że jeśli spróbuje walczyć w sądzie, dopilnuje, by nigdy więcej nie zobaczyła ich córki.
Powiedział, że ma pieniądze, władzę i prawników, którzy udowodnią, że jest niezrównoważona psychicznie. Że już opłacił lekarza, który zezna, że Zofia cierpi na psychozę ciążową. Potem się uśmiechnął—tym samym uśmiechem, w którym zakochała się sześć lat temu—i powiedział, że rozprawa za dwie godziny. Już złożył wnioski awaryjne. Zamroził ich wspólne konta. Wszystkie jej rzeczy kazał przewieźć do przechowalni na drugim końcu miasta. Zofii ściśnęło się w piersi, gdy pokój zaczął wirować przed jej oczami. Przycisnęła dłoń do brzucha i poczuła słaby kopniak córeczki, jakby wyczuwała panikę matki.
Marek wyszedł z kuchni, a chwilę później weszła Weronika, ubrana w jedwabny szlafrok Zofii. Nalała sobie kawę do ulubionego kubka Zofii i usiadła przy stole, jakby to wszystko do niej należało. Bo, jak się okazało, teraz należało. Weronika spojrzała na Zofię oczami, w których nie było ani winy, ani wstydu, tylko triumf. Powiedziała, że Marek nigdy jej nie kochał, że ożenił się z nią tylko dlatego, że jego inwestorom podobał się wizerunek stabilnego człowieka rodzinnego. Dodała, że Marek planował odejść od Zofii od dnia, gdy test ciążowy wyszedł pozytywny. A potem Weronika powiedziała coś, co sprawiło, że krew w żyłach Zofii zamarzła. Że gdy tylko dziecko Zofii się urodzi, Marek przejmie pełną opiekę, a ona, Weronika, będzie je wychowywać jak własne.
Córeczka Zofii nazywałaby ją „mamą” i zapomniałaby, że Zofia kiedykolwiek istniała. Zofia spojrzała na tę kobietę, na tę obcą, która zniszczyła jej życie, i po raz pierwszy od miesięcy poczuła coś silniejszego niż smutek. Poczuła wściekłość. Czystą, palącą, niezniszczalną wściekłość. Powiedziała Weronice, że spotkają się w sądzie. Weronika zaśmiała się—tym samym śmiechem co Marek—i odpowiedziała, że Zofia nie ma pojęcia, z kim ma do czynienia. Potem pochyliła się do przodu i szepnęła, że dopilnuje, by dziecko Zofii urodziło się przedwcześnie, na jeden czy drugi sposób. Groźba zawisła w powietrzu jak trucizna. Zofia odwróciła się i wyszła z domu, jej dłonie trzęsły się tak bardzo, że ledwo mogła złapać kluczyki. Nie miała pieniędzy, prawnika ani planu. Miała jednak jedną rzecz, oMiała tylko jedno imię, jedno wspomnienie – srebrnowłosego mężczyznę, którego nie widziała od szóstego roku życia, ale którego twarzy nigdy nie zapomniała – swojego ojca, sędziego Wojciecha Nowaka, najpotężniejszego sędziego rodzinnego w kraju, który właśnie zdążył podpisać wyrok nie tylko na jej oprawców, ale i na własną przeszłość pełną niewysłowionego bólu.



