Wychodzisz z gabinetu z kopertą w dłoni, jakby to był wyrok bez prawa apelacji. Korytarz wydaje się dłuższy niż kiedykolwiek, marmur chłodniejszy, a światło kryształu żyrandola zbyt ostre – jakby apartamentowiec starał się wyglądać dostojnie, byle tylko nie wyglądać na winnego. W gardle palą cię słowa, które połknęłaś w obecności Marcina Dąbrowskiego, a najgorsze jest to, że żadne z nich nie było o tobie. Wszystkie były o niej.
Wracasz do swojego pokoju, a na łóżku wciąż stoi otwarta walizka, czekając, aż skończysz wymazywać siebie. Patrzysz na nią tak, jak ludzie patrzą na otwartą wodę, zastanawiając się, czy skoczyć. Wtedy słyszysz to – ciche, ostrożne, jakby pytanie uformowane z kroków.
Malutkie skarpetki na wypolerowanej podłodze.
Marysia stoi w drzwiach, wtulając pod pachę pluszowego królika. Jej ciemne oczy wpatrują się w ciebie, jakby trzymała kruche naczynie pełne zrozumienia. Nie mówi, nie ustami, nie głosem, ale sposób, w jaki jej palce zaciskają się na króliczym uchu, mówi, że wie, iż coś jest nie tak. I tak się uśmiechasz, bo nabrałaś wprawy w uśmiechaniu się przez burze.
Kucasz, by znaleźć się na jej poziomie, a twoje kolano chrzęści z hałasem, który jest zbyt głośny dla domu, który czci ciszę. “Hej, Gwiazdeczko,” szepczesz, używając przezwiska, które udało ci się zdobyć przez miesiące północnych koszmarów i porannych rytuałów. “Pomożesz mi dziś w czymś wyjątkowym?” Jej oczy migoczą i widać, że słucha tak, jak zawsze słucha – całym ciałem.
Wskazujesz w stronę kuchni. “Przyrządzimy sobie kolację wigilijną. Tylko małą.” Mówisz lekko, jakbyś nie pakowała właśnie swojego życia do torby na kółkach. “Potrzebuję mojej najlepszej pomocnicy.”
Marysia nie kiwa głową. Nie uśmiecha się. Ale robi krok do przodu i jej mała dłoń wsuwa się w twoją, ciepła i pewna. Przez sekundę niemal nienawidzisz Marcina za to, że myśli, iż jakakolwiek suma pieniędzy może zastąpić to, co znaczy ten gest.
W kuchni Krystyna obserwuje cię ze skrzyżowanymi ramionami, udając irytację, choć w jej oczach stoją łzy. “Bez ekstrawagancji,” przypomina, powtarzając słowa Marcina, jakby recytowała reguły gry, w której obie wiedzą, że są ustawione. Mimo to otwiera szafki, o których istnieniu nawet nie wiedziałaś, wysuwając składniki, jakby czekała, aż ktoś znów wypełni ten dom ciepłem.
Z Marysią zaczynacie od tego, co, jak wiesz, da jej pocieszenie. Proste, znajome rzeczy, posiłek, który mówi: Nie zostawię cię dziś samej z obcymi. Uczysz ją sypać cynamon do gorącej czekolady, a ona robi to z powagą małego naukowca handlingującego rzadki pył. Kiedy podajesz jej foremkę do ciastek w kształcie gwiazdy, wciska ją w ciasto i patrzy, jak odcisk pojawia się jak magia, a jej oddech urywa się, jakby nie mogła uwierzyć, że dobre rzeczy wciąż mogą się zdarzać.
Zerkasz na zegar, a każde tyknięcie brzmi jak złodziej. Każda minuta to krok bliżej do poranka, gdy już cię tu nie będzie.
Krystyna krząta się, cicho i sprawnie, ale co jakiś czas zatrzymuje się i patrzy na Marysię, jakby widziała coś, co przez rok starała się nie czuć. “Dziecko… nie dotknęła ciasta od wypadku,” mruczy, prawie do siebie. “Ani razu.” Odkasłuje i odwraca się w stronę kuchenki, jakby właśnie nie złożyła w twoich dłoniach confessji.
Połykasz ślinę, bo czujesz, jak próbuje się w tobie podnieść nadzieja, a nadzieja jest niebezpieczna, gdy masz stracić wszystko.
Później pomagasz Marysi nakryć mały stolik przy wysokich oknach, za którymi światła miasta wyglądają jak spadłe gwiazdy. Nie korzystacie z jadalni, bo jadalnia przypomina muzeum bólu. Zamiast tego wybieracie kąt, który wydaje się ludzki, i narzucacie prosty obrus, wygładzając dłonią zmarszczki, jakbyś mogła wygładzić też cały ten rok.
Kiedy Marcin w końcu się pojawia, powietrze zmienia się tak, jak zwykle, gdy do pokoju wchodzi potężny mężczyzna i oczekuje, że świat się do niego dostosuje. Ma na sobie kolejny nieskazitelny garnitur, ale garnitur nie może ukryć zmęczenia na jego ramionach ani sposobu, w jaki jego wzrok waha się, gdy pada na nakryty przez was stół. Przez chwilę wygląda jak człowiek, który wszedł do niewłaściwego domu.
Zatrzymuje się, widząc Marysię w sweterku, stojącą przy stole z mąką na opuszkach palców. Dziecko nie rzuca mu się na szyję. Nie mówi. Ale też nie ucieka, a w tym domu to uznaje się za cud.
Wzrok Marcina przesuwa się na ciebie, ostry jak zadra papieru. “O to ci chodziło?” pyta, jakby szykował się na rozczarowanie.
Trzymasz głowę wysoko. “O to, na co *ona* zasługuje,” odpowiadasz i nie dodajesz: i na co ty też zasługujesz, nawet jeśli o tym zapomniałeś.
Siada. Marysia siada. Ty siedzisz. I przez moment wasza trójka wygląda jak rodzina, którą ktoś zatrzymał w pół drogi stawania się nią.
Kolacja zaczyna się ostrożnie, jak zbliżanie się do psa, który był zbyt często kopany. Krystyna przynosi jedzenie, a ty nakładasz najpierw Marysi, bo zawsze tak robisz. Marcin obserwuje ten rytuał, jakby był on czymś obcym, jakby nigdy nie zdał sobie sprawy, że miłość to głównie powtarzanie, głównie bycie obecnym na małe sposoby, aż te małe sposoby staną się mostem.
Marysia zjada kilka kęsów i wciąż zerka na ciebie. Nie lękliwie, nie spanikowanie, po prostu… śledzi cię, jakby chciała się upewnić, że nie wyparowujesz.
Marcin odkasłuje. “Specjalistka będzie tu po Nowym Roku,” mówi, niezdolny przestać być człowiekiem, który myśli, że planowanie równa się ochronie. “Ma dobre referencje. Zrobimy to porządnie.”
Twój widelec zatrzymuje się w pół drogi. Nie chcesz zniszczyć kruchego pokoju, ale nie możesz też pozwolić, by kłamstwo leżało wygodnie. “Porządnie,” powtarzasz cicho. “Czy to znaczy… z jej ojcem w pokoju? Czy z ojcem za biurkiem?”
Jego szczęka się zaciska. “Wciąż jesteś zła.”
Odkładasz widelec ostrożnie. “Jestem przestraszona,” poprawZgadzam się, i w tej ciszy, która teraz wydaje się pełna obietnic, a nie pustki, czujesz, że wigilijna gwiazda wreszcie wzeszła nad tym domem.



