30 Motocyklistów na Ratunek: Jak Bohaterowie Z Policzkami W Pokorze Zatrzymali Nieszczęście.22 min czytania.

Dzielić

Chcę ci opowiedzieć, kim byliśmy, bo reszta tej historii nie ma sensu bez tego.

Motocyklowy Klub Sunflower Riders, Oddział w Warszawie, to nie klub typu one-percenter. Nie jesteśmy oddziałem Hells Angels. Nie jesteśmy powiązani z żadnymi z głównych, znanych w całym kraju organizacji motocyklowych, które ogół społeczeństwa zazwyczaj kojarzy z terminem klub motocyklowy przestępczy.

Jesteśmy niewielkim, niezależnym oddziałem z Polski, składającym się głównie z pracujących mężczyzn i jednej pracującej kobiety, założonym w 1987 roku w małym lokalu VFW w Warszawie przez 64-letniego weterana z Wietnamu imieniem Karol Nowak, który od tego czasu odszedł. Oddział przez trzydzieści siedem lat od założenia nie brał udziału w żadnym incydencie przestępczym. Jesteśmy uznawana przez Ministerstwo Sprawiedliwości oraz ABW – Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego – jako organizacja motocyklowa bez przeszłości kryminalnej przez cały okres istnienia naszego oddziału.

Niemniej jednak, w każdym widocznym aspekcie – nasze kurtki, naszywki, motocykle i nasze osobiste prezencje – dokładnie odpowiadamy opisowi niebezpiecznie wyglądającego klubu motocyklowego, jaki ogół Polaków ma w głowie, gdy trzydziestu z nas wjeżdża razem na stację benzynową.

Usłyszeliśmy to od różnych kierowców, pracowników stacji benzynowych i menedżerów małych dinerów we wschodniej Polsce, mniej więcej w każdy weekend przez ostatnie piętnaście lat jako członkowie z naszywkami.

Zgodnie z naszym statutem, misją organizacyjną i osobistym zobowiązaniem każdego członka z naszywką, postanowiliśmy wykorzystać swój widoczny wygląd w jednym, konkretnym celu.

Jesteśmy pierwszymi ratownikami drogowymi.

Oddział formalnie wprowadził to, co nazywamy Protokołem Utrzymania Spokoju w sobotę 14 sierpnia 2010 roku. Protokół ten został nazwany na cześć tatuażu na palcu, który miał Karol w 1991 roku od kolegi medyka wojskowego w Fort Riley. Protokół ten, w całości zapisany, zajmował szesnaście stron. Obejmuje zasady dotyczące jazdy oddziału w przypadku wypadków drogowych, incydentów związanych z pojazdami jednoosobowymi, wypadków motocyklowych z udziałem nieczłonków oddziału, nagłych sytuacji medycznych na stacjach benzynowych i w miejscach odpoczynku, oraz nagłych sytuacji, takich jak pożar pojazdu czy potrącenie pieszego.

Pierwsze zdanie protokołu – wydrukowane pogrubioną czcionką na dole pierwszej strony – brzmi: Członkowie motocyklowego klubu Sunflower Riders nie przejadą obok żadnej osoby w dostrzegalnym stanie zagrożenia zdrowia na polskiej drodze. Nigdy. W żadnym przypadku. To jest koszt naszywki.

Karol sam napisał to zdanie w 2010 roku.

Podpisałem swoją przysięgę członkowską pod tym zdaniem w 2010 roku w małym klubie na ulicy Wschodniej w Warszawie, gdzie podpisałem ją ponownie co dwa lata przy każdym przydziale oddziału.

Chcę zasadzić tutaj coś, co ma znaczenie.

Gdy wjechaliśmy na wzgórze przy znaku drogowym 339 na A2 w kierunku zachodnim w to popołudnie pod koniec września tego roku, Motocyklowy Klub Sunflower Riders, Oddział w Warszawie, wdrożył Protokół Utrzymania Spokoju na polskich drogach około siedemdziesięciu czterech razy przez piętnaście lat od jego pierwszego wprowadzenia w sierpniu 2010 roku.

Zatrzymaliśmy się przy dwudziestu trzech wypadkach jednoosobowych na polskich autostradach.

Zatrzymaliśmy się przy czternastu wypadkach wielorakich.

Zatrzymaliśmy się przy jedenastu przypadkach, w których motocykl zapadł się, a nie byliśmy zadeklarowanymi uczestnikami.

Pomogliśmy przy dziewięciu nagłych przypadkach medycznych na poboczu drogi – zawałach serca, udarach, drgawkach, oraz jednej kobiecie w trakcie porodu na stacji paliw w okolicach Warszawy w 2017 roku.

Zatrzymaliśmy się przy dwunastu incydentach z żywym inwentarzem na jezdni, czterech przypadkach drzew blokujących ruch na wiejskich drogach, oraz jednym pożarze stodoły na drodze powiatowej z dala od Brenna.

Wykonaliśmy resuscytację krążeniowo-oddechową na poboczu polskich dróg oraz na stacjach benzynowych na dwudziestu trzech różnych osobach.

Jedenaście z tych dwudziestu trzech osób, którym przeprowadzono RKO, przeżyło i zostało wypisanych ze szpitali.

Pomogliśmy przy narodzinach jednego dziecka – Karol pomógł w toalecie stacji paliw, przy matce towarzyszył jej mąż trzymający ją za rękę, a trzej inni bracia z naszywkami stali przy drzwiach, by zapewnić jej prywatność.

Wyciągnęliśmy dwunastu nieprzytomnych kierowców z płonących pojazdów, zanim przybyła pomoc.

W ciągu piętnastu lat oraz siedemdziesięciu czterech ryzykownych akcji, nie straciliśmy ani jednej akcji pierwszej pomocy, którą samodzielnie podjęliśmy, wskutek nadużycia, odpowiedzialności cywilnej czy śledztwa kryminalnego. Policja Drogowa oraz Ministerstwo Infrastruktury uznały nasz oddział za jeden z siedmiu cywilnych partnerów reagowania kryzysowego w Polsce.

Na ścianie naszego małego klubu na ulicy Wschodniej mogliśmy znaleźć mały, oprawiony certyfikat uznania.

Robiliśmy to przez piętnaście lat.

Robiliśmy to, ponieważ Karol, w 1991 roku, w dmuchawym namiocie medycznym pod Kuwejtem w trakcie Operacji Pustynna Burza, był jedynym medykiem wojskowym na dyżurze, gdy pojazd pancerny jego jednostki przejechał po niewybuchu, a czwórka jego bliskich braci wykrwawiła się na pustynnej ziemi przed nim, bo nie udało mu się do nich dotrzeć na czas.

Nie pozwolił już nigdy nikomu innemu wykrwawić się przed sobą.

Nie pozwolił, by jego oddział przejechał obok innego człowieka, który mógł itak pozostać bez pomocy.

To był cały powód dla Protokołu Utrzymania Spokoju.

To był cały powód, dla którego robiliśmy to, co robiliśmy na A2 o 15:47 w to popołudnie pod koniec września.

CZĘŚĆ 3
Chcę przeprowadzić cię przez jedenaście minut od chwili, gdy pięść Karola poszła w górę na wzgórzu o 15:47 i momentu, gdy funkcjonariusz Policji Drogowej, Sierżant Daniel Kowalski, wyszedł ze swojego radiowozu przy znaku drogowym 339.6 o 15:58.

Bo te jedenaście minut to cała historia.

O 15:47:30 trzydzieści Harleyów zatrzymało się kontrolowanym tempem na poboczu A2.

O 15:48:15 Karol wykonał protokół trzech sygnałów, a formacja podzieliła się na cztery elementy interwencyjne.

Element pierwszy – blokada pasów – był prowadzony przez kapitana drogowego u nas, Darka, i składał się z ośmiu braci z naszywkami. Przesunęli dwanaście Harleyów do obu kierunków pasów A2, tworząc kontrolowany blok około pięćdziesięciu jardów za najwschodniej zaangażowanym pojazdem i pięćdziesięciu jardów przed najdalej na zachód zaangażowanym pojazdem. Ustawili odblaskowe trójkąty ostrzegawcze co piętnaście jardów w obu kierunkach. Kierowcy cywilni byli kierowani do spowolnienia i zatrzymania. Utworzyli korytarz dla pojazdów ratunkowych na lewym wewnętrznym pasie, aby przybywające pojazdy ratunkowe mogły wjechać na miejsce bez opóźnień.

Element drugi – łączność dyspozytorka – był prowadzony przez 49-letniego brata z naszywką o imieniu Staszek, który był dyspozytorem dla Policji w Warszawie od 2002 do 2016 roku, zanim przeszedł na emeryturę, by zająć się starszą matką. Staszek był na swoim osobistym telefonie komórkowym z dyspozytorem Policji Drogowej o 15:48:45, podając dokładne współrzędne GPS, widoczną liczbę czternastu zaangażowanych pojazdów, szacowaną liczbę rannych wynoszącą siedem do dziewięciu osób wymagających pomocy medycznej, kierunek wiatru oraz status wycieku paliwa z dwóch widocznie leki pojazdów, a także prośbę o minimum cztery karetki, dwa pojazdy ciężkiej pomocy oraz biuro policji.

Element trzeci – podstawowa triage – był prowadzony przez samego Karola i składał się z sześciu braci z naszywkami, w tym mnie, Włodka, emerytowanego lekarza, partnera Darka, Krzyśka, i dwóch innych weteranów z pierwszymi uprawnieniami. Podszedliśmy w kierunku wraku z naszymi kieszonkowymi zestawami ratunkowymi. Każdy członek oddziału, zgodnie z Protokołem Utrzymania Spokoju, zawsze podczas jazdy na motocyklu ma ze sobą osobisty zestaw ratunkowy w torbie. Każdy zestaw zawiera opaskę uciskową, bandaż, zacisk klatki piersiowej, cztery pakiety QuikClot, kołnierz ortopedyczny, maskę do RKO, rękawiczki nitrylowe, nożyczki do ratunkowe oraz notatnik na informację o rannych.

Element czwarty – wsparcie wtórne – był prowadzony przez pozostałych braci i obejmował kontrolę tłumu, zbieranie zeznań świadków, dystrybucję koców dla poszkodowanych mogących poruszać się o własnych siłach, nadzór nad szacowaną trójką dzieci, które były w stanie się poruszać na miejscu, oraz natychmiastowe wspomaganie w przypadku dwóch lub trzech cywilnych gapiów, którzy chcieliby zacząć filmowanie z telefonami.

O 15:50:14 – trzy minuty po tym, jak fist Karola poszła w górę – każdy element był pełni operacyjny.

Trzydziestu braci z klubu Sunflower Riders MC zamieniło chaotyczny wypadek z czternastoma pojazdami, z wieloma rannymi, w kontrolowaną scenę interwencyjną z wyznaczonym perimeterem, ustaloną triage, ugruntowaną łącznością i wsparciem.

Element trzeci – mój element, główny zespół triage – przemieszczał się przez wrak w dyscyplinowanej parze, w którą drillowaliśmy przez piętnaście lat.

Karol i Włodek zajęli przewróconego srebrnego minivana w prawym pasie w kierunku zachodnim.

Darek i Krzysiek zajęli rozbity sedan, który został uderzony przez tira.

Ja zająłem małego, czerwonego Hondę Civic, który obrócił się dookoła i teraz znajdował się w nieodpowiednim kierunku na pasie awaryjnym, z moim partnerem – bratem z naszywką, który miał 38 lat, imieniem Bogdan, który jest ochotnikiem straży pożarnej w Powiecie Szawne.

W małym, czerwonym Hondzie Civic w pasie awaryjnym znalazłem 31-letnią białą Amerykankę w fotelu kierowcy, Marikę Kowalską – którą nazwisko poznałem z jej torebki dwadzieścia sekund później – nieprzytomną, z widocznym głębokim rozcięciem na lewym czole, słabym, ale wyczuwalnym pulsem promieniowym, agonalnym wzorcem oddychania, i małym, czteroletnim białym chłopczykiem w foteliku w tylnym siedzeniu, Jakubem, który był przytomny, w lekkim wstrząsie i cicho płakał.

Wszedłem do przodu przez drzwi pasażera.

Bogdan wszedł do tylnych drzwi, by pomóc Jakubowi.

Nie będę opisywać kolejnych czterdziestu pięciu sekund w szczegółach klinicznych. Powiem tylko, że drożność dróg oddechowych Mariki była zagrożona, że oczyściłem je przy manualnym ustawieniu kręgosłupa, że wzór jej oddychania ustabilizował się w ciągu trzydziestu sekund od oczyszczenia dróg oddechowych, że miała wklęsły złamanie czaszki w lewym czole, które nie krwawiło aktywnie, ale było wyraźnie poważne, a ja przez osiem minut, do momentu przybycia pierwszych medyków, trzymałem jej kręgosłup w wyrównaniu obiema rękami.

Bogdan ostrożnie wyciągnął czteroletniego Jakuba z fotelika, owinął go w miękki koc z torby, usiadł na asfalcie w pasie awaryjnym piętnaście stóp od wraku z czteroletnim obejmując go delikatnie na kolanach i przez następne osiem minut mówił mu cicho niskim, spokojnym głosem, aż przyjechała karetka.

Bogdan miał w domu własną czteroletnią córkę.

Rozmawiał z Jakubem o swojej córce.

Jakub przestał płakać w ciągu dziewięćdziesięciu sekund.

Zasnął przy klatce Bogdana o 15:55.

W innych pojazdach podobne działania triage podstawowe odbywały się równocześnie.

Karol i Włodek wyciągnęli trzech świadomych dorosłych ofiar i jednego nieprzytomnego kierowcę z przewróconego minivana. Włodek natychmiast zdiagnozował nieprzytomnego kierowcę – 56-letniego mężczyznę – z powodu nagłego odma opłucnej. Wykonał dekompresję igłowej w terenie, używając 14-gauge angiocatha z jego torby medycznej. Oddychanie mężczyzny ustabilizowało się w ciągu dziewięćdziesięciu sekund.

Darek i Krzysiek stabilizowali dwóch pasażerów w rozbitym sedanie, obaj mieli, według oszacowania Krzyśka, prawdopodobne urazy kręgów szyjnych i przez całe osiem minut trzymali ofiary w ostrożności kręgosłupa, aż przybyły służby ratunkowe z odpowiednimi noszami.

Trzech innych braci zajmowało się czterema poszkodowanymi, którzy mogli się poruszać, oraz jedną starszą kobietą z bólem w klatce piersiowej, która mogła mieć problemy z sercem – Włodek podał jej aspirynę z jego torby o 15:54.

Dwóch innych braci zdecydowało, że o 15:52 zauważyli mylnie śmiertelny przypadek w rozbitym dostawczaku na początku staczania się. Potwierdzili, że kierowca nie miał wyczuwalnego pulsu, żadnego oddychania i widocznych urazów niezgodnych z życiem. Ostrożnie zakryli kierowcę czystą plandeką z torby, oznaczyli pojazd i przenieśli się do żywych ofiar, które jeszcze można było pomóc.

Karol w 2010 roku wytrwale uczył nas: Bracia. Robimy triage. Nie marnujemy zasobów, gdy to już stracone. Żywi są najważniejsi. Opłakiwanie zmarłych później.

O 15:55 – osiem minut po tym, jak pięść Karola poszła w górę – każdy żywy poszkodowany był na miejscu oceniony, ustabilizowany na maksymalnym poziomie naszego szkolenia oraz pod bezpośrednią opieką członka z naszywką, który utrzymywał drożność, ciśnienie rany, kręgosłup szyjny czy nieletnich.

Każdy poszkodowany mógł się poruszać, otrzymał koc, wodę z manierki brata z torby, oraz spokojnego brata z naszywką, by usiąść z nimi i powiedzieć, że pomoc w drodze.

Ruch w obu kierunkach był całkowicie kontrolowany.

Otwarte korytarze dla pojazdów ratunkowych czekały.

Dyspozytor Policji Drogowej otrzymywał ciągłe aktualizacje od Staszka przez osiem prosto minut.

CZĘŚĆ 4
Sierżant Daniel Kowalski dotarł jako pierwszy.

Jechał radiowozem Unit 7-Adam-12 – białym Dodge Charger Policji w standardowym malowaniu – na zachód na A2 z jego posterunku w okolicy Wapiennicy, dwadzieścia dwa kilometry na wschód.

Dotarł na znak drogowy 339.6 o 15:58 – dokładnie jedenaście minut po tym, jak pięść Karola poszła w górę na wzgórzu.

Otrzymał informację od dyspozytora w drodze, że o 14:48 zgłoszono wypadek z czternastoma pojazdami na jego aktualnej lokalizacji od cywila-pasażera z niewielkiej organizacji motocyklowej, że dzwonił byłych dyspozytor Policji w Warszawie, a dyspozytora otrzymywała ciągłe aktualizacje przez następne dziesięć minut.

O godzinie 15:54, dyspozytor poinformował go, że scena wydaje się być już zapewniona przez dzwoniącą organizację.

Nie był, zgodnie ze swoim szczerze uczciwym relacjonem dla Warszawskiej Gazety w wywiadzie w następnym tygodniu, do końca pewny, jak to zapewnienie będzie wyglądać, gdy przybędzie.

Sierżant Daniel Kowalski miał 47 lat. Biały Polak. Mierzył sześć stóp wzrostu. Solidnej budowy. Pracował w Policji Drogowej przez dziewiętnaście lat. Odbył dwie tury w jednostce Wojska Polskiego w czasie Operacji Irackiej Wolności. Był ojcem trojga dzieci. Absolwent Akademii FBI. Starszy sierżant patrolowy dla korytarza Wabcz na A2 przez ostatnie sześć lat.

Był pierwszym policjantem na miejscu przy około stu czterdziestu wybuchach złożonych w swojej karierze.

Nigdy w ciągu tych dziewiętnastu lat nie przybył na miejsce, gdzie praca była już skończona.

Wyszedł z radiowozu o 15:58:14.

Stał obok swojego pojazdu przez pełną sekundę z ręką opartą na otwartych drzwiach, patrząc na to, co miał przed sobą.

Zobaczył perfekcyjnie kontrolowaną ochronę ruchu w obu kierunkach A2. Zobaczył odblaskowe trójkąty ustawione w odpowiednich odstępach. Zobaczył otwarty korytarz dla pojazdów ratunkowych na lewym wewnętrznym pasie. Zobaczył dwunastu braci w podniszczonych czarnych skórzanych kurtkach, pilnujących kontrolę perimetru w absolutnej ciszy, a kierowcy cywilni współpracowali. Zobaczył członka oddziału na osobistym telefonie komórkowym, przekazującego dyspozytorowi ciągłe aktualizacje. Zobaczył, w medianie piętnaście stóp od małego, czerwonego Hondy, brata, który trzymał śpiącego czteroletniego chłopca na swoich kolanach na asfalcie. Zobaczył, w tym samym małym czerwonym Hondzie, 46-letnią kobietę z naszywką – mnie – utrzymującą ostrożność kręgosłupa na nieprzytomnej 31-letniej kierowcy, z klatką zakotwiczoną już w odpowiedniej pozycji.

Zobaczył Karola i 67-letniego brata z szarymi włosami, pracujących nad nieprzytomnym 56-letnim kierowcą na asfalcie obok przewróconego srebrnego minivana – z już zastosowaną igłą do dekompresji oraz zaaplikowaną uszczelnieniem na klatce piersiowej.

Zobaczył Darka i Krzyśka trzymających ostrożność kręgosłupa u dwóch świadomych ofiar w rozbitym siegnięciu, obie ofiary z zamontowanymi kołnierzami i widocznie stabilnymi.

Zobaczył czterech poszkodowanych, którzy myśleli że się poruszają, z czystymi kocami, siedzących w kontrolowanej odległości w mediacyjnym trawniku, z opatrującymi ich braćmi, którzy mówili spokojnie komfortowe słowa.

Zobaczył z przodu staczania, rozbity dostawczak, delikatnie przykryty czystą plandeką.

Zobaczył w sumie około siedmiu żywych ofiar pod ciągłą opieką ratownika motocyklowego Sunflower Riders MC, który wiedzieli, co robią.

Stał obok swojego radiowozu jeszcze przez sekundę.

Nacisnął przycisk radia.

Powiedział, w swoim spokojnym zawodowym głosie: “Dyspozytorze, Unit 7-Adam-12. Jestem na miejscu przy znaku drogowym 339.6. Scena jest zabezpieczona. Powtarzam – scena jest zabezpieczona. Sunflower Riders zajmują się wszystkim. Zliczam siedmiu żywych pod aktywnym triage, jedną potwierdzoną śmiertelną ofiarę zakrytą i oznaczoną, całkowicie ustalony perimeter. Powiedz przybyłemu zespołowi ratowniczemu, że jest to bezpośrednie przekazanie obsługi akcji. Nie ustanawiamy nowej akcji. Sunflower Riders już ją ustanowili.”

Zatrzymał się.

Powiedział: “Dyspozytorze. To jest najoperacyjniejsza akcja triage, w jakiej byłem przez dziewiętnaście lat pracy. Chcę, żeby to zapisać.”

CZĘŚĆ 5
Nasiona były wszędzie.

Karol, w 1991 roku, w tamtym wdmuchanym wojskowym namiocie medycznym pod Kuwejtem w trakcie Operacji Pustynna Burza, nie mógł dotrzeć do czterech swoich bliskich braci wystarczająco szybko.

Złożył jedną cichą osobistą obietnicę w 1991 roku – że nigdy więcej nie przejedzie obok człowieka w widocznym stanie zagrożenia zdrowia przez resztę swojego życia.

Dotrzymał tej obietnicy przez trzydzieści trzy lata.

Zbudował cały klub motocyklowy wokół tej obietnicy.

Protokół Utrzymania Spokoju – szesnastostronicowy dokument klubu, którego Karol sporządził w 2010 roku – został napisany w jego małym jednoosobowym mieszkaniu w Warszawie przez około czternaście miesięcy. Przeprowadził badania nad najlepszymi praktykami odpowiedzi na zdarzenia drogowe w polskiej literaturze służb medycznych. Osobiście konsultował się z trzema lekarzami traumatologami z okolicy Warszawy, czterema funkcjonariuszami Policji Drogowej, dwoma ratownikami medycznymi oraz dyrektorem regionalnym Polskiego Czerwonego Krzyża.

Prezentował protokół w klubie podczas spotkania w sierpniu 2010 roku. Głosowanie było jednomyślne.

Protokół został formalnie zatwierdzony o 21:47 w sobotę, 14 sierpnia 2010 roku.

Karol wygłosił jedno krótkie zdanie po głosowaniu.

Powiedział: “Bracia. Od teraz będziemy inni. Będziemy pierwsi, którzy zatrzymają się. To jest nasza naszywka.”

Nic więcej nie musiał mówić.

Czterdzieści cztery wdrożone protokoły przez piętnaście lat od 2010 roku nie przyniosły żadnych wiadomości. Oddział nie prowadził publiczniej strony na Facebooku. Oddział nie publikował o swoich działaniach dotyczących interwencji. Oddział nie udzielał wywiadów. Nie przyjmował, według nalegania Karola, żadnej formy publicznego uznania za tę pracę.

Zgadzał się, kontaktując się cichą absolutną osobistą myślą do mnie w naszym małym klubie w październiku ubiegłego roku – bo bracia i siostry, nie jeździmy, by być sławnymi. Jeździmy, by być tymi, którzy się zatrzymać. To jest cały sens noszenia naszywki.

Wypadek z czternastoma pojazdami na A2 przy znaku 339 w to popołudnie pod koniec września pozostałby w milczeniu, jak pozostałe siedemdziesiąt trzy protokoły, gdyby nie jeden konkretny fakt.

Transmisja radiowa sierżanta Kowalskiego o 15:59 w to popołudnie – Dyspozytorze. To jest najoperacyjniejsza scena triage, w jakiej wszedłem przez dziewiętnaście lat. Chcę, żeby to zapisać – została zarejestrowana w archiwum dźwiękowym dyspozytora Policji Drogowej.

Archiwum dźwiękowe tej konkretniej transmisji, zgodnie z rozporządzeniem standardowym policji, zostało pobrane przez publiczny zespół informacyjny Policji Drogowej w następnym tygodniu jako część standardowego przeglądania po wypadku.

Oficer publicznych informacji Policji Drogowej, 39-letnia biała Polka imieniem Kapitan Helena Broż, wysłuchała nagrania w popołudnie we wtorek.

Następnie zadzwoniła do sierżanta Kowalskiego w jego posterunku w Wapiennicy, by potwierdzić, co powiedział.

Sierżant Kowalski potwierdził każde słowo.

Kapitan Helena Broż do środy przed następnym tygodniem opublikowała jedną, starannie ułożoną wypowiedź na oficjalnej stronie Policji Drogowej na Facebooku, gdzie napisano częściowo:

“W niedzielę o 15:47 na A2 zdarzył się wypadek z czternastoma pojazdami. Pierwszymi trzydziestoma cywilami na miejscu byli członkowie Klubu Motocyklowego Sunflower Riders, Oddział w Warszawie, którzy jechali w ramach wspólnej przejażdżki. Zatrzymali się. Ustanowili ochrany. Przeprowadzili triage na każdym z zaangażowanych pojazdów. Prowadzili działania medyczne w terenie, w tym igłową thorakotomię, unieruchomienie kręgosłupa szyjnego oraz opiekę nad dziećmi. Kontrolowali ruch w obu kierunkach na A2 przez całe jedenaście minut przed przybyciem pierwszej jednostki Policji Drogowej. Do czasu, gdy sierżant Daniel Kowalski Policji Drogowej przybył o 15:58, każda żywa ofiara na miejscu była ustabilizowana. Z siedmiu żywych ofiar, które były pod ich opieką, sześć zostało wypisanych z pobliskich szpitali w ciągu siedemdziesięciu dwóch godzin. Siódma ofiara – 56-letni kierowca, którego odma opłucna była zdekompresowana w terenie przez emerytowanego lekarza medycyny ratunkowej, który ma naszywkę – ma obecnie stabilny stan w Stormont Vail. Policja Drogowa dziękuje Klubowi Motocyklowemu Sunflower Riders, Oddział w Warszawie, za ich ciągłe partnerstwo z naszą agencją. – Kapitan Helena Broż, publiczny zespół informacyjny KWP.”

Post został opublikowany w środę, 1 października o 11:14.

Do piątkowego popołudnia zdobył 1,4 miliona udostępnień.

Do następnego poniedziałku został przyjęty przez USA Today, CNN, Agencję Prasową i Wall Street Journal.

Oddział, według absolutnego nalegania Karola, nie udzielał wywiadów.

Oddział kontaktował się tylko przez kapitana Broż i sierżanta Kowalskiego.

CZĘŚĆ 6
To było trzy miesiące temu.

Siedem żywych ofiar wszyscy się już wyzdrowili.

56-letni mężczyzna, którego odma opłucna była zdekompresowana w terenie przez Włodka – jego imię to Tomek Dębski, z Włocławka, lat 56, żonaty, z trojgiem dorosłych dzieci – został wypisany ze szpitala Stormont Vail w środę, 1 października tego samego tygodnia. Lekarz wyprowadzający z oddziału w Stormont Vail – 51-letnia pani doktor, imieniem Aisza Pawlak, która pracuje w zespole ratunkowym Stormont Vail od czternastu lat – powiedziała Tomkowi i jego żonie na konferencji wypisowej, w oficjalnym dokumencie: “Pan Dębski. Igłowa dekompresja, którą wykonał emerytowany doktor Włodek na panu w terenie w niedzielne popołudnie uratowała panu życie. Nic, co zrobili mój zespół w tym szpitalu, nie miałoby znaczenia, gdyby Włodek nie wykonał tego w terenie o 15:53. Proszę przekazać mu serdeczne dzięki.”

Tomek Dębski przyjechał z żoną do klubu Sunflower Riders MC na ulicy Wschodniej w Warszawie w sobotnie poranne dni 4 października. Uścisnął ogromną, wytatuowaną dłoń Włodka na werandzie. Nie powiedział dużo. Nie musiał.

Marika Kowalska – 31-letnia kierowca małego czerwonego Hondy, której kręgosłup trzymałem przez osiem minut – i jej czteroletni syn Jakub zostali wypisani ze szpitala Stormont Vail we wtorek po południu, 30 września. Marika miała złamanie czaszki i umiarkowany wstrząs mózgu. Jakub był całkowicie zdrowy.

Marika zadzwoniła do mnie w szpitalu dwa dni po swoim wypisaniu. Zdobyła moje imię z raportu powypadkowego. Powiedziała, głosem, który nie brzmiał jak zwykle: “Mario. Dziękuję, że nie pozwoliłeś mi umrzeć na poboczu drogi. Jakub potrzebuje mnie, bym dalej była jego mamą. Dziękuję.”

Nie mogłam się przez chwilę odezwać.

Powiedziałam: “Marika. To jest naszywka. To, co to znaczy.”

Nie zrozumiała odpowiedzi.

Była 31-letnią samotną matką, która wracała do domu ze swojej zmiany w supermarkecie w Warszawie w momencie wypadku.

Nie wiedziała nic o Protokołach Utrzymania Spokoju.

Wiedziała tylko, że trzydziestu niebezpiecznie wyglądających motocyklistów z naszywkami zdecydowało się nie przejeżdżać obok jej samochodu.

Karol, zgodnie z moim oficjalnym raportem skarbnika oddziału, na spotkaniu oddziału 12 listopada, otrzymał siedemdziesiąt trzy osobiste, odręcznie napisane kartki z podziękowaniami od członków rodzin ofiar z września.

Nie otworzył jeszcze żadnej z nich.

Jak powiedział mi sam, umieścił je w małym, drewnianym pudełku na stoliku w swoim małym domu w północnej Warszawie.

Powiedział, że otworzy je powoli, jeden po drugim, przez następny rok czy dwa, ponieważ bracia i siostry, nie zjada się siedemdziesięciu trzech podziękowań na raz. Zjada się je jedno za drugim, jak każdy dobry posiłek.

Motocyklowy Klub Sunflower Riders, Oddział w Warszawie, od października tego roku otrzymał osiemnaście formalnych zapytań od innych klubów motocyklowych w Polsce, Czechach, Niemczech i Słowacji, pytających o Protokół Utrzymania Spokoju.

Karol osobiście wysłał każdemu z pytających oddziałów kompletną wydrukowaną kopię protokołu.

Nie pobrał opłat.

Nie prosił o uznanie.

Napisał jeden krótki, osobisty list do każdego prezydenta oddziału, w jego starannym, staromodnym piśmie, który brzmiał częściowo: Bracie. To protokół. Działa, ponieważ my go uruchamiamy. Jeśli twój oddział chce być pierwszym, który się zatrzyma, masz moją zgodę na skopiowanie każdej strony. Naszywka to to, co robisz dla obcych na drodze, gdy nikt nie patrzy. – Karol.

Trzy z osiemnastu pytających oddziałów formalnie przyjęły ten protokół.

Spodziewamy się więcej na wiosnę.

CZĘŚĆ 7
Przejeżdżałem obok znaku drogowym 339 na A2 w kierunku zachodnim w ubiegłą niedzielę o 15:47.

Byłem sam.

Zatrzymałem się na poboczu.

Zgasiłem silnik.

Pobocze było puste. Polskie jesienne światło było ciepłe. Wzgórza zbożowe ciągnęły się na południowym kierunku w długie, faliste pasma suchej, wysokiej trawy. Kilka samochodów na autostradzie minęło mnie z prędkością 120 km/h i nie zwolniło. Nie mieli żadnego powodu. Nie było wraku. Nie było ofiar. Nie było ratowników. Nie było Polskiej Policji Drogowej.

Był natomiast mały, nowy oficjalny znak pamięci przy drodze – mała, czysta metalowa tablica umieszczona na małym stalowym słupku, którą Ministerstwo Infrastruktury zainstalowało dwa tygodnie wcześniej w ramach formalnego przeglądu po wypadku.

Tablica brzmiała, w małym, czystym piśmie: W uznaniu dla cywilnych pierwszych ratowników Klubu Motocyklowego Sunflower Riders, Oddział w Warszawie, którzy 28 września tego roku zatrzymali się w tym miejscu i uratowali siedem żyć. – Polska Policja Drogowa.

To wszystko.

Tablica nie wspomniała o żadnych nazwiskach.

Nie wspomniała o protokole.

Nie wspomniała o Karolu.

Nie musiała.

Niektórych naszywek nie nosisz, by były widoczne.

Niektóre nosisz, by być pierwszym, który się zatrzymuje.

Leave a Comment