**Dziennik, 12 lutego 2024**
„Stój, co to było?”
Zamarłem w pół kroku, gdy ledwo słyszalny dźwięk przebił się przez ciszę. Mroźny wiatr lutowy szarpał poły mojego płaszcza, smagał twarz i nagle – wśród wycia zamieci – usłyszałem cichutki, ale uporczywy płacz.
Dźwięk dochodził ze strony torów. Odwróciłem się w stronę starej, opuszczonej nastawni, ledwo widocznej pod śniegiem. Tuż przy szynach leżał ciemny zawiniak.
Ostrożnie podszedłem bliżej. W zniszczonym, brudnym kocyku owinięta była malutka postać. Na zewnątrz wystawała drobna rączka, zaczerwieniona od zimna.
„Jezu!” – wyrwało mi się, serce waliło jak młot.
Ukląkłem i podniosłem ją. Niemowlę. Dziewczynka. Miała pewnie z rok, może mniej. Usta sine. Płacz tak słaby, jakby nie miała już sił nawet się bać.
Przytuliłem ją mocno, rozpiąłem płaszcz, by ogrzać, i pobiegłem do wsi, do naszej jedynej pielęgniarki, Teresy Nowak.
„Jan, co się stało?” – Teresa zobaczyła zawiniak i aż klasnęła w dłonie.
„Znalazłem przy torach. Jest prawie zamarznięta”.
Pielęgniarka delikatnie wzięła dziecko i zbadała. „Hipotermia, ale żyje. Chwała Bogu”.
„Trzeba wezwać policję” – sięgnęła po telefon.
Zatrzymałem ją. „Wyślą ją do domu dziecka. Nie przeżyje tej drogi”.
Teresa zawahała się, potem otworzyła szafkę. „Mam tu mleko, zostało po wnuczce. Starczy na jakiś czas. Ale Jan… co ty zamierzasz?”
Spojrzałem na malutką twarz przytuloną do mojego swetra, jej ciepły oddech na mojej skórze. Przestała płakać.
„Ja się nią zajmę” – powiedziałem cicho. „Nie ma innego wyjścia”.
Plotki zaczęły się niemal od razu.
„Ma trzydzieści pięć lat, samotny, mieszka jak pustelnik, a teraz zbiera porzucone dzieci?”
Niech gadają. Nigdy nie przejmowałem się tym, co mówią. Dzięki znajomym w urzędzie załatwiłem papiery. Rodziny nie znaleziono. Nikt nie szukał zaginionego dziecka.
Nazwałem ją Zosią.
Pierwszy rok był najtrudniejszy. Nieprzespane noce. Gorączki. Ząbkowanie. Kołysałem ją, uspokajałem, śpiewałem kołysanki, które ledwo pamiętałem z dzieciństwa.
„Tato!” – powiedziała pewnego ranka, mając dziesięć miesięcy, wyciągając rączki.
Łzy potoczyły mi się po twarzy. Po tylu latach samotności nagle byłem czyimś ojcem.
W drugim roku życia stała się huraganem. Goniła kota. Ciągnęła firanki. Zadawała milion pytań. W trzecim znała już wszystkie litery. W czwartym układała całe opowiadania.
„To cudowne dziecko” – kręciła głową sąsiadka, Maria Kowalska. „Nie wiem, jak ty to robisz”.
„To nie ja” – uśmiechałem się. „Niech świeci, jak potrafi”.
W piątym roku życia zacząłem wozić ją do przedszkola w sąsiedniej wsi. Wychowawczynie nie wierzyły własnym oczom.
„Czyta lepiej niż siedmiolatki” – mówiły.
Gdy poszła do szkoły, zdobiły ją długie, kasztanowe warkocze, spięte wstążkami. Codziennie rano je zaplatałem. Na żadnym zebraniu mnie nie brakowało. Nauczyciele chwalili ją bez końca.
„Panie Janie” – powiedziała kiedyś wychowawczyni – „Zosia to uczennica, o jakiej się marzy. Czeka ją świetlana przyszłość”.
Serce wypełniała duma. Moja córka.
Wyrosła na piękną, pełną wdzięku dziewczynę. Smukła, pewna siebie, z promiennymi niebieskimi oczami, pełnymi determinacji. Wygrywała olimpiady z polskiego, matematyki, nawet konkursy naukowe. Cała wieś znała jej imię.
Pewnego wieczoru, w drugiej klasie liceum, powiedziała: „Tato, chcę być lekarką”.
Zamrugałem. „To wspaniale, córeczko. Ale jak opłacimy studia? Życie w mieście? Czynsz?”
„Dostanę stypendium” – oczy jej płonęły. „Znajdę sposób. Obiecuję”.
I znalazła.
Gdy przyszła decyzja o przyjęciu na medycynę, płakałem dwa dni. Łzy radości i strachu. Po raz pierwszy odjeżdżała ode mnie.
„Nie płacz, tato” – na dworcu ścisnęła moją dłoń. „Będę przyjeżdżać co weekend”.
Oczywiście, tak się nie stało. Miasto pochłonęło ją. Wykłady, praktyki, egzaminy. Najpierw przyjeżdżała raz w miesiącu. Potem raz na dwa, trzy. Ale dzwoniła codziennie, bez wyjątku.
„Tato! Zdałam anatomię na piątkę!”
„Tato! Dzisiaj asystowałam przy porodzie!”
Za każdym razem się uśmiechałem, słuchając jej opowieści.
Na trzecim roku w jej głosie pojawiło się napięcie.
„Poznałam kogoś” – powiedziała nieśmiało.
Miał na imię Krzysztof. Studiował z nią. Przyjechał na święta – wysoki, uprzejmy, z łagodnym głosem. Podziękował za poczęstunek i sam pozmywał naczynia.
„Dobry chłopak” – szepnąłem Zosi w kuchni.
„Naprawdę?” – rozpromieniła się. „I nie martw się – nauka idzie świetnie”.
Po studiach zaczęła specjalizację. Pediatria, oczywiście.
„Ty mnie kiedyś uratowałeś” – powiedziała. „Teraz ja chcę ratować inne dzieci”.
Przyjeżdżała rzadziej. Rozumiałem. Miała swoje życie. Ale każdą jej fotografię, każdą historię o pacjentach chowałem jak skarb.
Aż pewnego czwartku zadzwoniła.
„Tato, mogę jutro przyjechać?” – jej głos był cichy. Spięty. „Muszę z tobą porozmawiać”.
Serce mi zamarło. „Oczywiście, córeczko. Wszystko w porządku?”
Następnego dnia przyjechała sama. Bez uśmiechu, bez blasku w oczach.
„Co się stało?” – objąłem ją.
Usiadła, splecionymi dłońmi przycisnęła kolana. „Przyszli do mnie do szpitala. Kobieta i mężczyzna. Szukali mnie”.
Zmrużyłem oczy. „Co masz na myśli?”
„Powiedzieli, że to mój wujek i ciocia. Że ich siostrzenica zaginęła dwadzieścia pięć lat temu”.
Zawrót głowy. „I co?”
„Mieli zdjęcia. Wyniki DNA…”
Dziś wiem, że życie to”Pokazali mi prawdę, ale to ty jesteś moim prawdziwym tatą i zawsze będziesz.”



