Przysnęło mi się coś dziwnego, jakby senar wyrwany z jakiegoś surrealnego snu. Przed kościołem, niby z pocztówki – kamienny, stare dzwony, białe kwiaty ustawione w idealnym szeregu, jakby świat musiał być perfekcyjny – zatrzymała mnie bezdomna dziewczynka. “Nie żen się z nią” – wyszeptała. I padło słowo, które znała tylko moja narzeczona i adwokat.
Wokół szepty, telefony unieruchomione do góry jak anteny, uśmiechy bez udziału oczu. Szedłem w idealnie skrojonym garniturze, drogim zegarku, z dwoma dyskretnymi ochroniarzami. Za mną van z przyciemnianymi szybami i bukietem wartym więcej niż czyjaś miesięczna praca. Pachniało kadzidłem i droższą perfumą. A w środku tego, jak plama na obrazie – ona. Chuda, rozczochrana, w za dużej bluzie i zdartych tenisówkach.
Miała może 11 lat. Brudne ręce, twarz spod słońca i głodu. Wtulona w mur, niemal niewidoczna, aż postanowiła przestać nią być. Gdy postawiłem ostatni krok przed wejściem do kościoła, rzuciła się ku mnie z desperacją, która nie pytała o pozwolenie.
“Czas się rozpadł. Ochroniarze zareagowali automatycznie, jakby miała przy sobie broń. “Wynoś się!” – warknął jeden, wyciągając rękę. Zamarłem. Nie ze współczucia – z szoku.
To nie było żebractwo. To była bomba. Dziewczyna nie płakała, nie błagała. Złapała moją marynarkę i pociągnęła z rozpaczliwą siłą. “Jeśli tam wejdziesz, nie wyjdziesz już taki sam” – powiedziała, wpatrując się we mnie.
Dorzuciła drugi element układanki. Słowo, które nie powinno paść z ust dziecka. *Klauzula lustrzana*.
Naraz wszystko nabrało sensu.
Kośćół nie był już miejscem ślubu. Stał się pułapką.
Narzeczona pojawiła się w idealnej sukni, z wypracowanym uśmiechem. W jej oku – ledwie dostrzegalne pęknięcie maski.
A ja stałem przed wyborem. Wejść – i dać się zamknąć w klatce prawnego zaklęcia.
Alle wyjść z dziewczyną, która nazwała się *Alma*.
Dusza.



