Przez dwanaście lat Mikołaj Kowalski żył bez światła.
Nie cienie. Nie rozmyte kształty.
Tylko ciemność — całkowita i niezmienna.
Lekarze nazywali to niewyjaśnioną ślepotą.
Inni używali słów jak anomalia neurologiczna czy reakcja psychosomatyczna.
Ale nikt nie potrafił powiedzieć jego ojcu, dlaczego to się stało — ani jak to naprawić.
I tak ciemność pozostała.
**Ojciec, który potrafił naprawić wszystko — oprócz tego**
Aleksander Kowalski nie był jednym z najbogatszych ludzi w Polsce.
Nie był sławny. Nie posiadał wieżowców ani prywatnych odrzutowców.
Ale odnosił sukcesy.
Zbudował dobrze prosperującą firmę technologiczną od zera — oprogramowanie zabezpieczające używane przez szpitale i samorządy na Wybrzeżu. Wystarczająco, by żyć komfortowo. Wystarczająco, by opłacić prywatnych lekarzy, międzynarodowe konsultacje i najlepszą opiekę, na jaką pozwalały pieniądze.
Wystarczająco, by wierzyć, że może naprawić cokolwiek.
Gdy Mikołaj oślepł w wieku siedmiu lat, Aleksander rzucił się w wir działania.
Wiózł syna do prywatnych klinik w Europie.
Konsultował uznanych neurologów.
Płacił za eksperymentalne terapie, których ubezpieczenie nie pokryło.
Za każdym razem słyszał to samo.
*„Jego oczy są zdrowe.”*
*„Nerwy wzrokowe nietknięte.”*
*„Nie ma fizycznego powodu, dla którego nie może widzieć.”*
Na początku Aleksander szukał nadziei.
Później szukał winy.
Bo Mikołaj nie zawsze był ślepy.
**Dzień, w którym wszystko się zmieniło**
Ślepota zaczęła się tego samego dnia, kiedy umarła matka Mikołaja.
Dwanaście lat wcześniej Elżbieta Kowalska zginęła w wypadku samochodowym na ośnieżonej drodze pod Zakopanem. Funkcjonariusze uznali to za utratę kontroli. Tragedia. Nagłość.
Aleksander im uwierzył.
Mikołaj nigdy nie mówił o tej nocy.
Przestał zadawać pytania.
Przestał rysować. Przestał patrzeć na świat.
A pewnego ranka obudził się niezdolny, by go zobaczyć.
W końcu Aleksander zaakceptował, że niektórych rzeczy nie da się naprawić — nawet za pieniądze.
Więc skupił się na tym, co mógł zrobić.
Uczynił ich dom bezpiecznym. Zatrudnił nauczycieli.
Nauczył się być cicho, gdy syn potrzebował ciszy.
Mimo to każdej nocy Aleksander zastanawiał się, co jeszcze straciło jego dziecko tamtego dnia, oprócz wzroku.
**Dziewczyna, która się nie bała**
Pewnego późnego popołudnia Mikołaj siedział na podwórzu za domem, grając na starym pianinie, które kochała jego matka.
Muzyka była jedynym miejscem, gdzie ciemność go nie przerażała.
Wtedy ktoś przemknął przez otwartą furtkę.
Kamery bezpieczeństwa pokazały później szczupłą dziewczynę, boso, w wyblakłej bluzie i za krótkich dżinsach. Poruszała się ostrożnie, jak ktoś przyzwyczajony do przepędzania.
Nazywała się Kinga Nowak.
Miejscowi znali ją jako cichą dziewczynę, która żebrała przy deptaku. Nigdy nie wrzeszczała. Nigdy nie nalegała. Obserwowała ludzi uważnie — zbyt uważnie jak na swój wiek.
Strażnik krzyknął.
*„Hej! Nie możesz tu być!”*
Mikołaj podniósł dłoń.
*„Proszę”* — powiedział spokojnie. *„Niech zostanie.”*
Kinga zatrzymała się przed nim.
Nie prosiła o pieniądze. Nie przepraszała.
Powiedziała bez wahania:
*„Twoje oczy nie są zepsute.”*
Aleksander podszedł, wściekłość błyskając w jego oczach.
*„Wystarczy”* — rzucił ostro. *„Musisz wyjść.”*
Ale Mikołaj zwrócił się w stronę jej głosu.
*„Co masz na myśli?”* — zapytał.
Kinga podeszła bliżej.
*„Coś w tobie nie pozwala ci widzieć.”*
Te słowa uderzyły Aleksandra jak obelga.
Lata lekarzy. Tysiące złotych wydane.
A ta bezdomna dziewczyna twierdziła, że wie lepiej?
*„Mikołaj”* — ostrzegł. *„Nie słuchaj.”*
Ale Mikołaj wyciągnął rękę, znalazł nadgarstek Kingi i delikatnie skierował jej dłoń do swojej twarzy.
*„Pokaż mi”* — powiedział.
**To, co wyszło z ciemności**
Palce Kingi były zimne i drżące, gdy musnęły jego policzek.
Potem, z precyzją, wsunęła paznokieć pod jego dolną powiekę.
*„Przestań!”* — krzyknął Aleksander.
Za późno.
Coś wysunęło się do jej dłoni.
To nie była łza. To nie był brud.
Było małe. Ciemne. Ruchliwe.
Aleksander poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła.
Stwór drgnął i wydał cichy, ostry dźwięk — jak pocierane o siebie szkło.
Mikołaj wciągnął powietrze — nie z bólu, ale z ulgi.
Coś w jego głowie rozluźniło się. Jakby ciężar, który dźwigał od dzieciństwa, nagle zniknął.
*„Odejdź od niego!”* — wrzasnął Aleksander.
Kinga otworzyła dłoń.
Stworek zeskoczył na kamienną podłogę i zniknął pod pianinem.
*„Nie nadepnij na niego”* — szepnęła. *„Jak go zgnieciesz, podzieli się.”*
Zapadła cisza.
Aleksander wyszeptał:
*„Co to jest?”*
*„To Cieniak”* — odparła Kinga. *„Żyją tam, gdzie chowa się prawda.”*
Mikołaj przełknął ślinę.
*„Jest jeszcze jeden”* — powiedział cicho. *„Boli mnie druga gałka.”*
**Miejsce, gdzie zamknięto wspomnienia**
Serce Aleksandra waliło.
Jeśli był jeden… musiał być i drugi.
Kinga przykucnęła przy ścianie obok pianina, przesuwając palcami po wąskiej szczelinie przy listwie.
*„Jest ich więcej”* — mruknęła. *„Zakładają gniazdo.”*
Zza ściany dobiegł wilgotny szelest — jakby dziesiątki małych istot poruszały się w ciemnościach.
Aleksander kazał zdjąć panel.
W pustce ukrytej za ścianą było mnóstwo Cieniaków, stłoczonych razem — nie żywiących się ciałem, lecz czymś niewidzialnym.
Ciemnością.
Wspomnieniami.
W środku leżała mała drewniana szkatułka.
Aleksander natychmiast ją rozpoznał.
NależaNagle drzwi w ścianie otworzyły się bezgłośnie, a z ciemności wyszedł mężczyzna, którego Aleksander poznał od razu — Marek Wiśniewski, dawny pracMarek szepnął tylko: “Elżbieta wiedziała za dużo, a ty nigdy nie powinieneś był mnie zwolnić”, zanim cienie wciągnęły go z powrotem w ścianę jakby nigdy tam nie był.



