Na skraju śmierci na lodzie: ratunek, który zmienił wszystko Z głębi boru wyszło stado wilków, a na ich czele szedł ten, którego ocaliła, i zamiast ataku, złożył jej w podzięce dar, który przepełnił jej serce ciepłem na resztę samotnych dni.3 min czytania.

Dzielić

W górach panował siarczysty mróz. Jezioro było niemal całkowicie skute lodem, jedynie w jednym miejscu woda pozostawała odsłonięta. Właśnie tam miotał się wilk. Wpadł do przerębla i nie mógł się wydostać.

Lód pod jego łapami kruszył się, zwierze ślizgało się i znów zanurzało w wodzie. Z każdą chwilą słabł. Głowa ledwie utrzymywała się na powierzchni, oddech stawał się coraz cięższy, mokra sierść ciągnęła go w dół.

Starsza pani, Elżbieta Nowak, zbierała nieopodal chrust. Usłyszała plusk i dziwny, chrapliwy dźwięk. Podeszła bliżej i ujrzała ogromnego, szarego wilka, który tonął. Zwierzę niemal przestało już walczyć.

Staruszka nie pomyślała o strachu, że przed nią dziki zwierz i że może być niebezpieczny. Szybko znalazła długą, suchą gałąź, położyła się na lodzie, by nie załamać pokrywy, i ostrożnie podczołgała się do przerębla. Lód trzeszczał pod nią, ale poruszała się powoli i rozważnie.

— Trzymaj się — szepnęła, wyciągając gałąź.

Wilk najpierw warknął, ale nie miał już siły na złość. Chwycił przednimi łapami za patyk. Kobieta pociągnęła. Ręce jej drżały, plecy bolały, ale nie puściła. Lód znów zatrzeszczał, woda ochlapała brzeg, aż wreszcie ciężkie ciało wilka znalazło się na powierzchni.

Zwierz leżał, ciężko dysząc. Jedna tylna łapa była wykręcona, widoczne było, że złamana. Wilk nie próbował atakować. Tylko patrzył na kobietę, jakby rozumiał, że właśnie uratowała mu życie.

Lecz w tej chwili… Z lasu wyszły one… Staruszka zdrętwiała ze strachu.

Kobieta już miała odpełznąć, gdy nagle poczuła na sobie czyjeś obce spojrzenia.

Zza drzew powoli wyłoniły się cienie. W mroźnym powietrzu zabłysło dziesięć par oczu. To była wataha. Wilki wyczuły zapach człowieka i zbliżały się, gotowe do ataku. Nie rozumiały, że to właśnie ten człowiek wyciągnął ich towarzysza z lodowatej wody.

Starsza pani zastygła. Ucieczki nie było, i tak by nie zdążyła.

A wtedy ranny wilk z trudem się podniósł. Stanął przed kobietą, zasłonił ją swoim ciałem i warknął na watahę. Warknięcie było słabe, ale czuć w nim było determinację. Wilk patrzył na swoich i jakby dawał do zrozumienia, że tej kobiety nie wolno dotknąć.

Wataha zatrzymała się. Przez kilka sekund nikt się nie poruszył. Wreszcie jeden z wilków opuścił głowę i reszta zaczęła się powoli wycofywać.

Ranny wilk jeszcze raz spojrzał na kobietę. W jego spojrzeniu nie było strachu ani złości, tylko spokój. Po chwili odwrócił się i, utykając, podążył za swoją watahą.

Kobieta pozostała sama na lodzie. Wiatr znów poderwał śnieg, jakby nic się nie wydarzyło. Czasem największa odwaga rodzi się w najsłabszym ciele, a wdzięczność nie zna granic gatunków. Prawdziwa siła nie leży w pazurach i kłach, lecz w gotowości do stanięcia w obronie tego, co słuszne.

Leave a Comment