Zaprosiłam cię na Wigilię, żebyś wreszcie pogodziła się z tym, że zostałaś sama, Marianno. Czas, byś zostawiła przeszłość za sobą i zobaczyła, jak my poszliśmy do przodu.
To były pierwsze słowa, jakie po ośmiu długich latach absolutnej ciszy wypowiedział do niej przez telefon Roman Kowalczyk. Marianna oparła swój najnowszy telefon o ogromną szybę w apartamencie na szczycie wieżowca w Warszawie, patrząc na nocny ruch uliczny jakby należał do innego świata. Nie krzyczała. Nie uroniła ani jednej łzy. Nie robiła mu żadnych wyrzutów. Zbyt wiele energii już poświęciła na tego tchórza ze szlacheckim nazwiskiem.
Roman mówił dalej z Katowic, sącząc tę charakterystyczną arogancję dziedziców, którzy nigdy nie przepracowali ani jednego dnia w swoim życiu.
—Moja matka, pani Elżbieta, pytała o ciebie. Mówi, że z chrześcijańskiego miłosierdzia byłoby pięknym gestem zakończyć rok bez urazów w rodzinie. Poza tym… no wiesz, jak to bywa, wszyscy moi kuzyni i rodzeństwo przyjeżdżają z rodzinami i dziećmi. Nie chcę, żebyś źle się czuła, jeśli przyjdziesz sama do pałacyku. Wiemy, że życie nie było dla ciebie tak łaskawe.
Marianna wykrzywiła zimny, wyrachowany uśmiech.
—Jasne, Romanie. Jesteś taki troskliwy. Będę.
Gdy rozmowa się zakończyła, Marianna odłożyła telefon na marmurowy blat kuchni. Jej adwokat, która przeglądała trzy akty spraw, spojrzała znad swoich projektorskich okularów.
—Jesteś absolutnie pewna, że chcesz to zrobić, Marianno? To wejście do jaskini lwa.
—Ten głupiec chce mnie upokorzyć przed całym towarzystwem z Katowic —odpowiedziała Marianna, nalewając sobie szklankę wody. —Jest święcie przekonany, że pojawię się z pustymi rękami i ze spuszczonym wzrokiem. Ale się myli. Przyniosę mu całą prawdę, zapakowaną w elegancki papier.
W tej samej chwili główne drzwi mieszkania otworzyły się i cztery burze wpadły do salonu, wypełniając nieskazitelne wnętrze śmiechem i chaosem.
—Mamo, już jesteśmy z treningu!
Był tam Mateusz, najstarszy zaledwie o dwie minuty, zawsze z lekko zmarszczonym, opiekuńczym czołem. Jakub, najbardziej powściągliwy i uważny, trzymający szkicownik. Zuzanna, dziewczynka o wybuchowym charakterze, niezdolna do zniesienia najmniejszej niesprawiedliwości na szkolnym podwórku. I wreszcie Lena, analityczna, błyskotliwa, z przerażającą umiejętnością czytania emocji dorosłych.
Wszyscy czworo mieli dokładnie po siedem lat.
I wszyscy czworo mieli te same, intensywne, niezwykłe zielone oczy rodu Kowalczyków.
Tamtej samej nocy, podczas kolacji, Marianna wyłączyła telewizor i spojrzała na nich z ogromną powagą.
—Dzieci, potrzebuję waszej pełnej uwagi. Musimy porozmawiać o naszych planach na dwudziesty czwarty grudnia.
Czwórka dzieci natychmiast zamilkła.
—Wsiądziemy do samolotu do Katowic —kontynuowała stanowczym głosem. —Nadszedł czas. Poznacie swojego ojca.
Zuzanna zacisnęła pięści na stole.
—Masz na myśli tego pana, który cię opuścił, kiedy my jeszcze byliśmy w twoim brzuchu?
Marianna skinęła powoli. Jakub spuścił wzrok na swój talerz.
—A on wie, że my istniejemy i że przyjedziemy do jego domu?
—Nie, kochanie. Nie ma najmniejszego pojęcia.
Mateusz wstał od stołu i stanął przy matce, zakładając ręce w obronnej pozie, niezwykłej dla siedmiolatka.
—Nie pozwolę, żeby ten pan znowu sprawił, że będziesz płakać, mamo.
Marianna mocno go przytuliła, czując, jak jej serce bije jak oszalałe.
—Już nie może mnie zranić, Mateuszu. Teraz jest nas pięcioro przeciwko niemu.
Pakując się tamtej nocy, Marianna powtarzała w myślach każdy szczegół planu. Nikt w majestatycznej posiadłości Kowalczyków nie mógł sobie nawet wyobrazić, jak doskonała burza miała uderzyć w ich głowy, i było to absolutnie niewiarygodne, co miało się wydarzyć…
Ogromna posiadłość Kowalczyków w ekskluzywnej dzielnicy Katowic wyglądała jak okładka luksusowego magazynu. Ponad tysiąc złotych lampek zdobiło drzewa w ogrodzie, stała tam szopka bożonarodzeniowa w naturalnej wielkości przywieziona z Włoch, stoły uginały się od karpia, pierogów z grzybami, pasztetów i kryształowych kieliszków gotowych na najdroższą wódkę w regionie. W tle grała na żywo kapela, wykonując eleganckie kolędy dla osiemdziesięciu gości, wszystkich członków śląskiej elity.
Pani Elżbieta, matriarchini rodu, przechadzała się między stołami w futrzanym płaszczu, wydając surowe polecenia.
—Słuchajcie mnie wszyscy —ostrzegała swoje synowe. —Marianna przychodzi dzisiaj jako dzieło miłosierdzia mojego syna. Nie chcę, żeby ktoś wspomniał słowo “rozwód” ani zadawał niewygodnych pytań o jej samotność. Biedaczka nie dała nam następców i została zrujnowana. Trzeba mieć współczucie.
Ale Roman nie chciał współczucia. Trzymając kieliszek szampana, uśmiechał się złośliwie. Chciał zobaczyć, jak wchodzi sama, pokonana, może ubrana w ubrania z wyprzedaży. Chciał, żeby wszyscy jego bogaci wujkowie i odnoszący sukcesy kuzyni potwierdzili kłamstwo, które przez osiem lat budował cegiełka po cegiełce: że Marianna była bezpłodną, niestabilną kobietą i że to z powodu jej winy ich małżeństwo się rozpadło, zmuszając go do poszukiwania szczęścia gdzie indziej.
Dokładnie o jedenastej wieczorem ogłuszający huk zaczął wibrować w oknach głównej sali. Kieliszki zadrżały na kryształowych stołach. Najpierw goście pomyśleli, że to konwój opancerzonych aut, ale dźwięk dochodził z nieba. Wiatr zaczął wyć, podnosząc drogie lniane obrusy i zwiewając ogromne czerwone kokardy z bożonarodzeniowych dekoracji.
Wszyscy obecni wybiegli na ogromny centralny dziedziniec, zasłaniając oczy.
Prywatny, matowoczarny helikopter z olśniewającymi światłami opadał właśnie na trawiastym lądowisku posiadłości.
Roman zaśmiał się nerwowo, próbując nie stracić twarzy przed swoimi partnerami biznesowymi.
—Co za przesada. Zawsze lubiła zwracać na siebie uwagę, żeby zrekompensowaćAle wszyscy oni zamarli, gdy zobaczyli, jak z jego pokładu schodzi nie tylko ona, ale też czworo dzieci o jego własnych, zielonych oczach.



