Cześć, słuchaj, muszę ci opowiedzieć tę historię, bo to jest po prostu niewiarygodne.
—Zaprosiłam cię na wigilię właśnie po to, Mariano, żebyś w końcu przestała się oszukiwać i przyznała, że jesteś sama. Najwyższy czas, żebyś zostawiła przeszłość za sobą i zobaczyła, jak my wszyscy idziemy do przodu.
Takimi słowami Rodrigo Zawadzki odezwał się do niej przez telefon po ośmiu długich latach absolutnej ciszy. Mariana trzymała swój najnowszy model telefonu przy ogromnym oknie swego apartamentu w Wilanowie w Warszawie, patrząc na nocny ruch uliczny, jakby należał do innego wymiaru. Nie krzyczała. Nie uroniła ani jednej łzy. Nie robiła mu żadnych wyrzutów. I tak już zmarnowała zbyt dużo energii na tego tchórzliwego człowieka z dobrym nazwiskiem.
Rodrigo kontynuował rozmowę z Wrocławia, sącząc tę charakterystyczną arogancję dziedziców, którzy nie przepracowali w życiu ani jednego dnia.
—Moja matka, pani Teresa, pytała o ciebie. Mówi, że z chrześcijańskiego miłosierdzia, byłoby pięknym gestem zakończyć rok bez uraz w rodzinie. No i… sama wiesz, jak to jest, wszyscy moi kuzyni i brat przyjadą z rodzinami, z dziećmi. Nie chcę, żebyś się czuła źle, jeśli przyjdziesz sama do pałacu. Wszyscy wiemy, że życie nie obdarowało cię tym przywilejem.
Mariana wykwitł na ustach chłodny, wyrachowany uśmiech.
—Jasne, Rodrigo. Jesteś taki troskliwy. Będę.
Kiedy rozmowa się zakończyła, Mariana odłożyła telefon na marmurowy blat kuchennej wyspy. Jej adwokat, zajmująca się prawem karnym, która przeglądała trzy akta prawne, spojrzała na nią znad swoich projektorskich okularów.
—Jesteś tego pewna, Mariano? To jak wejść do jaskini lwa.
—Ten idiota chce mnie upokorzyć przed całym towarzystwem z Konstancina —odparła Mariana, nalewając sobie szklankę wody. —Jest święcie przekonany, że pojawię się z pustymi rękami i ze spuszczonym wzrokiem. Ale się myli. Przywiozę mu całą prawdę, zapakowaną w elegancki papier.
W tej samej chwili drzwi wejściowe do apartamentu otworzyły się i do salonu wpadły cztery małe trąby powietrzne, wypełniając nieskazitelne wnętrze śmiechem i chaosem.
—Mamo, wróciliśmy z treningu!
Był tam Mateusz, najstarszy o całe dwie minuty, zawsze z lekko zmarszczonym czołem i opiekuńczy. Jakub, najbardziej zamknięty w sobie i spostrzegawczy, przytulający szkicownik. Zosia, dziewczynka o wulkanicznym charakterze, niezdolna znieć ani jednej niesprawiedliwości na szkolnym podwórku. I wreszcie Lena, analityczna, błyskotliwa, z przerażającą zdolnością do czytania emocji dorosłych.
Wszystkie czworo mieli po siedem lat.
I wszyscy czworo mieli te same, niepowtarzalne, intensywnie zielone oczy rodu Zawadzkich.
Tego samego wieczoru, podczas kolacji, Mariana wyłączyła telewizor i spojrzała na nich z wielką powagą.
—Dzieci, potrzebuję waszej pełnej uwagi. Musimy porozmawiać o naszych planach na dwudziesty czwarty grudnia.
Czwórka rodzeństwa natychmiast zamilkła.
—Wsiądziemy do samolotu do Wrocławia —kontynuowała stanowczym głosem. —Nadszedł czas. Poznacie swojego ojca.
Zosia zaciśnęła piąstki na stole.
—Masz na myśli tego pana, który cię opuścił, kiedy my jeszcze byliśmy w twoim brzuchu?
Mariana powoli skinęła głową. Jakub spuścił wzrok na swój talerz.
—A on wie, że my istniejemy i że pojedziemy do jego domu?
—Nie, kochanie. Nie ma o tym najmniejszego pojęcia.
Mateusz wstał od stołu i stanął obok matki, krzyżując ramiona w obronnej pozie, niezwykłej dla siedmiolatka.
—Nie pozwolę, żeby ten pan znowu kazał ci płakać, mamo.
Mariana mocno go przytuliła, czując, jak jej serce bije jak młot.
—On nie może mnie już zranić, Mateuszu. Teraz jest nas pięcioro przeciwko niemu.
Pakując się tej nocy, Mariana powtarzała w myślach każdy szczegół swojego planu. Nikt w okazałej posiadłości Zawadzkich nie mógł nawet przypuszczać, co się święci, jaka idealna burza ma spaść na ich głowy i to było absolutnie niesamowite, co miało się wydarzyć…
Część druga.
Ogromna posiadłość Zawadzkich w ekskluzywnej dzielnicy Konstancin wyglądała jak okładka luksusowego magazynu. Na drzewach w ogrodzie migotało ponad tysiąc złotych światełek, stał żywej wielkości szopka przywieziona prosto z Włoch, stoisy uginały się od karpia, pierogów z grzybami, pasztetów i kryształowych kieliszków czekających na najdroższą wódkę w regionie. W tle na żywo grała kapela, przygrywając eleganckie kolędy dla osiemdziesięciu zaproszonych gości, wszystkich członków wrocławskiej elity.
Pani Teresa, matrona rodu, przechadzała się między stołami w swoim futrze, wydając surowe polecenia.
—Słuchajcie mnie wszyscy —ostrzegła swoje synowe. —Mariana przyjeżdża dziś jako przedmiot miłosierdzia mojego syna. Nie chcę, żeby ktoś wspomniał o „rozwodzie” albo zadawał krępujące pytania o jej samotność. Biedna kobieta nie mogła dać nam potomków i została zrujnowana. Trzeba mieć współczucie.
Ale Rodrigo nie chciał współczucia. Trzymając kieliszek szampana, uśmiechał się złośliwie. Chciał zobaczyć, jak wchodzi sama, pobita, może ubrana w ciuchy z wyprzedaży. Chciał, żeby wszyscy jego bogaci wujkowie i odnoszący sukcesy kuzyni potwierdzili kłamstwo, które mozolnie budował przez osiem lat: że Mariana była bezpłodną, niestabilną kobietą i że to z powodu ich małżeństwo się rozpadło, zmuszając go do szukania szczęścia gdzie indziej.
Dokładnie o jedenastej w noc, ogłuszający huk zaczął wibrować w oknach głównego salonu. Kieliszki zadrżały na szklanych stołach. Najpierw goście pomyśleli, że to konwój opancerzonych aut, ale dźwięk dochodził z nieba. Wiatr zaczął wyć, podnosząc drogie lniane obrusy i rozdmuchując ogromne, czerwone kokardy świątecznych dekoracji.
Wszyscy obecni wyszli na ogromny, centralny trawnik, osłaniając oczy.
Prywatny, czarny jak smoła helikopter z olśniewającymi światłami opadał właśniewprost na trawiastym lądowisku posiadłości, a gdy jego drzwi otworzyły się, wszyscy zamarli w osłupieniu, widząc nie tylko Marianę, ale i czwórkę jej dzieci, które bezbłędnie odzwierciedlały dumne rysy rodu Zawadzkich.



