Tego niedzielnego popołudnia wiatr nie był zwyczajny; miał ten ostry, chłodny pazur nostalgii, taki co zdaje się szeptać zapomniane imiona do ucha. Dla Karola cmentarz nie był miejscem spoczynku, lecz jedyną emocjonalną przystanią od dokładnie trzystu sześćdziesięciu pięciu dni. Jego kroki, ciężkie i wleczenie, zgniatały suche liście na żwirowanej ścieżce, gdy zmierzał w stronę szarego, marmurowego nagrobka, gdzie imię „Fryderyk” lśniło z niemą okrucieństwem.
Rok. Minął cały rok, odkąd tchórzliwy kierowca odebrał mu syna i rozpłynął się we mgle, pozostawiając za sobą małe ciałko i złamanego ojca. Karol położył niebieskie kwiaty — ulubione Fryderyka — z delikatnością kogoś, kto dotyka otwartej rany. Uklęknął, czując, jak wilgoć z ziemi przenika przez spodnie, i zamknął oczy. W myślach powtarzał się w kółko obraz Fryderyka śmiejącego się przed bramą szkoły, bolesny film, którego nie mógł przestać oglądać. „Wybacz mi, synu”, wyszeptał głosem złamanym przez płacz, który już nie miał łez. „Powinienem był przyjść wcześniej. Powinienem był cię ochronić”.
Ciszę cmentarza przerywał jedynie daleki jęk wiatru wśród cyprysów. Karol pogładził fotografię wmurowaną w kamień: Fryderyk uśmiechnięty, z rozczochranymi włosami i tą umiłowaną koszulką w czerwono-niebiesko-żółte paski. Ten mały kawałek ceramiki był wszystkim, co mu zostało. A przynajmniej tak myślał.
Chrupnięcie gałęzi za plecami sprawiło, że odwrócił głowę, spodziewając się ujrzeć starego dozorcę. Ale to nie był on. Kilka metrów dalej stał i przyglądał mu się chłopiec. Był chudy, o śniadej skórze spalonej słońcem, ubrany w odzież, która była na niego za duża. Jego duże, ciemne oczy miały tę mieszaninę nieśmiałości i przedwczesnej mądrości, którą mają tylko dzieci zbyt szybko dorastające na ulicy.
— Dzień dobry, proszę pana — powiedział chłopiec ledwie słyszalnym głosem.
Karol pośpiesznie otarł oczy, zirytowany wtargnięciem. — Witaj. Zgubiłeś się, chłopcze? Szukasz rodziców?
Chłopiec powoli pokręcił głową, nie odrywając wzroku od grobu, a potem od Karola. Postąpił krok do przodu, wahając się, jak ten, kto stąpa po cienkim lodzie. — Nie, proszę pana. Przychodzę do moich rodziców, pochowani są tam z tyłu… Ale przechodziłem tędy i pana zobaczyłem.
Karol skinął głową, próbując być uprzejmym mimo swego bólu. — Dobrze, że ich odwiedzasz. Ja odwiedzam syna.
— Wiem — przerwał chłopiec z niepokojącym spokojem. — Chciałem tylko powiedzieć… Pański syn dał mi wczoraj tę koszulkę.
Czas się zatrzymał. Serce Karola przestało bić na sekundę, by zaraz potem zacząć walić z brutalną siłą, uderzając o żebra. Podniósł się, chwiejąc, z wytrzeszczonymi oczami. — Co powiedziałeś? — zapytał tonem, w którym mieszała się wściekłość z niedowierzaniem. — Mój syn zginął rok temu. Myślisz, że to zabawne, bawić się w takie rzeczy? Wynoś się stąd!
Chłopiec cofnął się przestraszony, ale nie uciekł. Przyłożył dłonie do piersi, chwytając materiał swojej odzieży. — To nie żart, proszę pana. Przysięgam. Wczoraj graliśmy w piłkę koło torów kolejowych. On mi ją dał. Powiedział, że przyniesie mi szczęście, bo było mi zimno. Proszę spojrzeć…
Chłopiec wskazał na swoje ramię. Karol wytężył wzrok, walcząc z zawrotami głowy. Koszulka była w czerwono-niebiesko-żółte paski. Lecz tym, co zmroziło mu krew w żyłach, nie były kolory, lecz rozdarcie przy szwie na lewym ramieniu. To samo rozdarcie, które Fryderyk zrobił sobie, wspinając się na drzewo na dwa dni przed wypadkiem. To samo rozdarcie, które było widoczne na zdjęciu na nagrobku.
Karol znów upadł na kolana, lecz tym razem nie z bólu, ale pod ciężarem niemożliwości, która na niego spadła. — To niemożliwe… — wyjąkał, dotykając materiału koszulki chłopca. Była prawdziwa. Pachniała kurzem i ulicą, ale to była koszulka jego syna. — Gdzie? Gdzie go widziałeś?
— W żółtym domu — odparł chłopiec, który nazywał się Janek. — Niedaleko starych torów. Mieszka tam. Widziałem go w oknie.
Umysł Karola stał się wirem. Logika krzyczała, że to niemożliwe, że pochował syna, że płakał nad zamkniętą trumną, ponieważ wypadek był… „zbyt traumatyczny, by go oglądać”, jak mówili lekarze. Lecz instynkt, ten trzewny ogień znany tylko ojcu, zapłonął z przerażającą gwałtownością.
— Zaprowadź mnie — rozkazał Karol, podnosząc się z energią, której nie czuł od dwunastu miesięcy. — Zaprowadź mnie do tego domu, teraz.
Janek skinął głową, przestraszony, ale stanowczy. Karol spojrzał ostatni raz na zimny, cichy grób, a potem na horyzont, gdzie słońce zaczynało zachodzić, barwiąc niebo na krwistoczerwono. Coś w jego wnętrzu mówiło mu, że ta noc nie zakończy się płaczem, lecz prawdą. Nie wiedział, co znajdzie w tym żółtym domu, ale czuł w kościach, że ma odkryć piekło, by odzyskać swoje niebo.
Droga na obrzeża miasta była podróżą przez czysty lęk. Karol szedł za Jankiem wąskimi alejkami i zapomnianymi dzielnicami, gdzie elewacje domów się łuszczyły, a latarnie uliczne migotały jak zmęczone oczy. Każdy krok zwiększał tachykardię Karola. A jeśli chłopiec kłamał? A jeśli to okrutna pomyłka? Lecz koszulka… koszulka była niezbitym dowodem, który wypalał się na jego siatkówce.
— To tutaj — wskazał Janek, zatrzymując się gwałtownie za śmietnikiem.
Przed nimi, odizolowany od reszty zabudowy pustym placem, stał dom o wyblakłym, żółtym kolorze. Okna miały kraty z kutego żelaza, a zasłony były zaciągnięte, nadając mu wygląd nieprzeniknionej twierdzy. Wiatr poruszał zardzewiałą huśtawką na ganku, wydając metaliczny zgrzyt, który jeżył skórę.
— Widziałem go w tym oknie po prawej — szepnąKarol bez wahania przeskoczył niski płot i podszedł pod samo okno, a gdy zajrzał do środka, zobaczył swojego syna.



