Opieka zdrowotna w cieniu strachu Młoda lekarka, czując ciężar odpowiedzialności za mieszkańców, postanowiła stawić czoła tej niebezpiecznej kobiecie, mając nadzieję, że jej wiedza medyczna i determinacja okażą się silniejsze od strachu.5 min czytania.

Dzielić

Początek czerwca 1952 roku.

Teresa stała przed rozkładem pociągów podmiejskich, ściskając w dłoni podniszczone skierowanie do wsi Olchówka i czując, jak w środku rozlewa się zimny, gęsty niepokój. Jak przyjmie ją miejscowa ludność, młodego lekarza pierwszego kontaktu, ledwie co zeszłą z akademickiej ławki? Ona, miejska dziewczyna, wychowana wśród odrapanych ścian warszawskiej komunalki, nigdy nie mieszkająca na wsi, nie wiedząca, jak chwycić za kosę i jak rozpalać w piecu… Czy da radę? Czy podoła temu ciężarowi odpowiedzialności, który nagle wydał się nie do udźwignięcia, niczym wielka żeliwna płyta?

Na stacji, gdy szła z ciężką teczą ku peronowi, zaproponował jej pomoc mężczyzna po pięćdziesiątce, o twaji pooranej głębokimi zmarszczkami i bystrym, choć dobrotliwym spojrzeniu. Ubrany był w czysty, choć wielokrotnie prany kożuch, a na głowie miał wyblakłą od słońca czapkę. Widać było, że to człowiek pracy, przyzwyczajony do ziemi.

— Dokąd droga, jeśli można spytać? — zapytał, z łatwością podnosząc torbę, jakby była napchana nie książkami i narzędziami, a pierzem.
— Do Olchówki — odpowiedziała Teresa, poprawiając wymykający się spod chustki kosmyk włosów.
— O, ziomalka zatem! Ja też stamtąd. Mówią na mnie Filip, ale po nazwisku to Łomnicki. A pani do rodziny czy z innej potrzeby? — dopytywał się mężczyzna.
— Z nakazu pracy. Na trzy lata. Jestem lekarzem — powiedziała, oczekując zwyczajnego zdumienia.
— Co pani mówi! — Filip zatrzymał się nawet i z szacunkiem, pomieszanym z radosnym zdumieniem, spojrzał na nią. — Ach, jak cudownie! Wreszcie doczekaliśmy! — zdjął czapkę i wyciągnął szeroką, zrogowaciałą dłoń. — Filip Piotrowicz Łomnicki, brygadzista spółdzielni rolniczej.
— Bardzo mi miło, Teresa Władysławówna Nowak — odpowiedziała na uścisk dłoni, starając się, by jej własna nie zadrżała.
— Teresa Władysławówna, czy to prawda, że w Olchówce już prawie dwa lata nie ma stałego lekarza?
— Prawda, Filipie Piotrowiczu, gorzka prawda. A co tak? Czyżby przez dwa lata nie było nikogo poza wczorajszą studentką?
— A kto by tu przyjechał do naszej głuszy? — uśmiechnął się, stawiając torbę na ziemi i zapalając skręta z ostrym dymem machorki. — Wieś odludna, drogi rozmywa, dobre i to, że po wojnie nową szkołę zbudowali, bo inaczej nasze dzieciaki biegałyby do Sosnówki siedem mil, by choć kisielu się napić. A przedtem… to już w ogóle koniec świata, same lasy i bagna nieprzebyte.
— Ale przecież wcześniej był u was lekarz, prawda? Gdzie on się podział? Czyżbyście dwa lata zupełnie bez pomocy siedzieli?
— Był, jakżeby inaczej — Filip westchnął, a jego twarz pociemniała, tracąc dawną serdeczność. — Wspaniały był doktor, Jan Tomasz Wojciechowski. Człowiek rzadkiej duszy, wszystkich leczył za dziękuję, ostatnią koszulę by oddał. Świeć Panie nad jego duszą.
Teresa drgnęła.
— Umarł?
Filip zniżył głos i, rozglądając się dookoła, jakby nawet na pustym peronie bał się być podsłuchanym, powiedział:
— Zabili go. Półtora roku temu. A sprawa ciemna, w lesie znaleźli, przy Diablej Skarpie. Mówią — nieszczęśliwy wypadek, na polowaniu, podobno sam przez nieostrożność. Tylko nikt w to nie wierzy.
— Jak zabili? — Teresie zrobiło się nieswojo. Serce ścisnęło się od złego przeczucia. Wychodzi na to, że jedzie nie tylko w głuszę, ale w miejsce, gdzie jeszcze nie wystygła ziemia pod nogami zabitego lekarza. — Za co? Kto?
— A tego nikt nie wie. Gadają różnie. Jedni — że miał jakąś ważną teczkę, zapiski o ludziach, których leczył, i jakoby tam były tajemnice, za które zapłacił. Inni — że z naszym posterunkowym, Tadeuszem, się nie dogadywał, charakterami się zeszli. Jeszcze inni w ogóle plotkują o skarbie starym, co w wąwozie schowany. Bredni dużo, a prawdy nie ma. Jedno wiem na pewno: człowiek był niespokojny, prawdę kochał do szaleństwa, za co, widać, i cierpiał.

Teresa wzdrygnęła się, mimo ciepłego letniego wiatru.
— A córka? On chyba miał córkę? Coś o tym słyszałam na rozmowie o nakazie.
— Miał. Jadzia, Jadwiga Janówna — skinął głową Filip. — Skończyła właśnie przed jego śmiercią kursy felczerskie, chciała z ojcem pracować ramię w ramię. Zgrabna dziewczyna, cała w ojca. Po jego śmierci nawet na odległość strzału z armaty nie dopuszczali jej do punktu. Mówili — bez roku tydzień, doświadczenia nie ma, a poza tym… niegodna. Teraz w polu pracuje, garbi się za dniówki, a po kryjomu wieczorami chodzi do tych, co jej ufają, pomaga za kawałek chleba lub dzbanek mleka. Nasz posterunkowy, Ignacy Władysławowicz Krupa, z niej oka nie spuszcza, ciągle coś węszy. Mówi, że śledztwo trwa. Tylko to bzdura, przykrywka. Prawdziwego zabójcy wcale nie szukają.

Rozmowę przerwał świst lokomotywy i weszli do półpustego wagonu. Jechania było pięć godzin i Teresa dziękowała niebiosom, że zesłały jej tego rozmownego brygadzistę. Podczas długiej drogi, równo stukającej kołami, opowiedział jej o wszystkim: kto czym żyje w Olchówce, u kogo można załatwić mleko, a do kogo lepiej nie zaglądać bez potrzeby. Ale myśli Teresy co chwila wracały do martwego doktora i jego znienawidzonej córki. Jaka tajemnica, niby czarne bagno, wciągnęła tę wieś?

Stacja okazała się samotną drewnianą platformą, stojącą wśród gęstej ściany lasu, podchodzącej pod same tory. Teresa i Filip zeszli po skrzypiących schodkach, a dziewczyna ujrzała starą półciężarówkę, a przy niej — krępą postać w milicyjnym mundurze.
— A otóż i Krupa się zjawił, nie zakurzył się — burknął niechętnie Filip. — Jedyna radość — nie trzeba będzie iść piechotą, bo szybko zmierzcha.
Milicjant, młody mężczyzna z ciężką, jakby z kamienia wystruganą twarzą i jasnymi, czujnymi oczami, podszedł do nich i sucho przedstawił się:
— Posterunkowy Ignacy Władysławowicz Krupa.— Jak rozumiem, pani Nowak Teresa Władysławówna?

Leave a Comment